Kilka godzin przed wyjazdem do Polski. Podsumowanie.

gru
18

Minęło 304 dni odkąd moja stopa dotknęła brytyjskiej ziemi – 43 tygodnie – 7296 godzin – 10 miesięcy i 1 dzień. Siedzę w domu i sączę piwko na kilka godzin przed świątecznym wyjazdem do Polski. Czas podsumowań.

Sporo się zmieniło. We mnie. I chyba na lepsze, nie – nie “chyba” tylko na pewno “na lepsze”. Moja w tym zasługa, bo sam zmian chciałem. Zasługa doświadczeń, które chcąc – nie chcąc były moim udziałem i zasługa ludzi, na których bardzo się zawiodłem, oraz tych, którzy zupełnie niespodziewanie byli dla mnie “aniołami”. Publicznie opiszę większość, część zostawię wyłącznie dla moich przyjaciół w Polsce, kilka spraw zostawię tylko dla siebie. Wszystko co napiszę będzie jednak w pełni szczere. Na końcu drobne smaczki :)

Wyjazd, motywacje i postanowienia, czyli dlaczego znalazłem się w Londynie

Bunt. Był początek gospodarczego kryzysu, straciłem pracę, którą znienawidziłem nieco wcześniej z powodu prostaków na stołkach, którzy obżerali się (i nadal obżerają) efektami moich zawodowych działań. Znienawidziłem więc bankiety, rozmowy z chamami o pełnych kieszeniach, codzienne małe gierki małych ludzi, dla których liczy się tylko forsa i władza. Nie chciałem w tym uczestniczyć, brzydziło mnie to. Zwolnienie mnie z tej pracy w ramach cięć było więc dla mnie bardzo korzystne, zwłaszcza, że swoje wypowiedzenie kilka razy wcześniej drukowałem (acz nie zaniosłem do szefostwa).

A potem chciałem dostać pracę, która zaspokoi moje ambicje, zwłaszcza finansowe i da możliwość szerokiego otwarcia skrzydeł jeśli chodzi o tzw. pole do popisu. Nie udało się.

Stres i zdrowie. To motywacja związana także z pracą, cholernie stresującą, gdzie zawsze trzeba było być na 120%. Super kreatywnym, dobrze zorganizowanym, mega dyspozycyjnym i elastycznym. Ponad 3 lata ciągłego korporacyjnego stresu nie mogło pozostać obojętne dla zdrowia kogoś takiego jak ja. Zaczęły się więc moje problemy z nadciśnieniem (stres to jeden z czynników oczywiście), ale apogeum nastąpiło niespodziewanie pod koniec grudnia 2009, gdy karetka zabrała mnie z domu w stanie, że tak powiem, bliskim odwiedzin Krainy Wiecznych Łowów. To był znak, że czas zmienić wszystko i po prostu żyć.

Kobieta. Hmmm… no to jest akurat związane z obydwoma uprzednio opisanymi motywacjami. W skrócie mówiąc, wylądowałem w samym środku wyścigu szczurów, gdzie emocje i praca się przeplatają. I te właśnie emocje bywają narzędziem dla niektórych kobiet. Pani O. gratuluję zwycięstwa w wyścigu. Dobra to nauka dla kogoś, kto zawsze powtarzał, że bliskie relacje należy oddzielać od szkoły, pracy itd.

Zmęczenie Polską. Tak, miałem dość tego kraju, choć nadal uważam się za patriotę. Dziwnie brzmi, ale tak właśnie jest. Miałem dość szarości, przeraźliwie zimnej zimy, smutnych ludzi, ekstremistów katolickich, braku codziennej kultury, cwaniactwa, powszechnego prostactwa i schamienia.

Chęć odnalezienia siebie na nowo. Wszystkie poprzednio wymienione czynniki spowodowały, że straciłem gdzieś swoją energię, genialne (podobno) poczucie humoru, refleks i niebanalność. Wtłoczyłem się w społeczne ramki, popadłem w jakiś taki marazm, zbyt łatwo godziłem się na to co mi się nie podoba i straciłem optymizm.

Chęć sprawdzenia siebie. Wiedziałem, że w Anglii nie będzie różowo, że nie przywitają mnie tu czerwonym dywanem i paradą na mą cześć. Byłem świadomy, że dostanę po tyłku, że będę musiał rozwiązywać problemy, z którymi wcześniej się nie spotkałem w Polsce.  I chciałem nabrać tej pewności, że “się da’, “że można” się nauczyć czegoś zupełnie innego, że można przełamać swoje wewnętrzne społeczne i zawodowe bariery.

Wszystkie te motywacje podsumuję dowcipem:

Egzaminy wstępne na kierunek nauk politycznych:
Profesor rozmawia z kandydatką.
- Co Pani wiadomo na temat programu ekonomicznego dla Polski realizowanego przez ministra Balcerowicza?
Dziewczyna milczy.
- No to co Pani wie o polityce społecznej Leszka Millera?
Dziewczyna milczy.
A wie Pani kto to jest Jarosław Kaczyński? A nazwisko Kwaśniewski z jaką funkcją w Państwie kojarzy się Pani?
Dziewczyna milczy.
Profesor już zaczął się zastanawiać czy może ta studentka jest niemową.
- A skąd Pani pochodzi??
- Z Bieszczad Panie profesorze.
Profesor podszedł do okna, wygląda na ulice, chwilę się zastanawia i mówi do siebie:
- Ku** może by tak wszystko *pier***nąć i wyjechać w Bieszczady!?

Londyn to takie moje Bieszczady.

Rzeczywistość zastana i doświadczenia

Czerwone dywany i inne nieistniejące błyskotki. Co do tych czerwonych dywanów to miałem rację. Nie było dobrze przez długi czas, ba – było bardzo źle. Ktoś powiedział mi, że aby się odnaleźć w Londynie, poznać wszystkie “zasady” w mieście bez zasad, trzeba tu spędzić rok. Po czasie stwierdzam, że to prawda. I potwierdzam też, że Londyn nie jest miastem dla słabych psychicznie ludzi. Nie ma tu “luzu”, nadliczbowych pracowników (przynajmniej wśród imigrantów), jest za to czysty biznes, niesamowita przedsiębiorczość i chłodna kalkulacja polegająca na tym, że dla zysku nóż w plecy może wbić ci każdy, i to z przyjacielskim uśmiechem na twarzy. A potem przychodzi weekend, towarzystwo chla i tańczy, a potem znów 5 – 6 dni w kieracie. To właśnie zimna twarz Londynu (pomijam wszystkie atrakcje i niezwykłości, które opisuję na blogu).

Praca. Niech nikt nie wierzy w bajki o krainie szczęśliwości. Znaleźć pracę w Londynie nie jest łatwo, zaś znalezienie zajęcia podobnego (co do finansów i wykonywanych obowiązków) do tego, jakie mają Anglicy graniczy z cudem i wymaga kilku lat pobytu tutaj i ostrych kombinacji. Dyplom i doświadczenie z Polski można sobie, za przeproszeniem, wsadzić. Nikt na to nawet poważnie nie spojrzy, no chyba że jesteś np. lekarzem. Dla polskich londyńczyków – debiutantów pozostaje Harówka (jak widać, przez duże H), niedojadanie, niewyspanie i kombinacje “jak oszczędzić kilka funtów więcej”. Harówki doświadczyłem osobiście w sytuacji, gdy nie mogłem na nikogo liczyć i nie pozostawało nic innego, jak szukać pracy wykonywanej tu zazwyczaj przez ludzi bez jakiegokolwiek doświadczenia i o dość niskim poziomie inteligencji. Pot lał się ze mnie strumieniami, gdy dźwigałem worki z gruzem, czy pustaki, a potem na przerwie słuchałem od polskich współpracowników opowieści w stylu “A wiesz, że Mur Chiński to jedyna budowla widziana z kosmosu?”. Tak, takie gimnazjalne “rewelacje” są tematem rozmów polskich gastarbeiterów w Londynie. Trzeba było zacisnąć zęby nie raz, więc je zaciskałem, powtarzając sobie, że to część lekcji, którą chciałem mieć.

Polactwo. Spotkałem w Londynie kilku świetnych Polaków. Niezależnie od wykształcenia, czy wykonywanej pracy itd. bo nie tak postrzegam ludzi. Spotkałem natomiast prawdziwe morze polactwa. Ludzi bez zasad, egoistów i prostaków, często kryminalistów, chamów czystej wody z kraju nad Wisłą. To głupie, ale wiele razy było mi wstyd do tego stopnia, że nie chciałem się przyznawać do swojej nacji. Takie ZOO jest niestety ambasadorem Polski na wyspach. Ze względu na to, że stanowi większość. A trafić pod wspólny dach, gdzie polactwo się gnieździ to wyzwanie dla fanów survivalu. Ciężkie techno do białego rana (od poniedziałku do piątku także), chlanie na umór, najróżniejsze niedozwolone środki w każdej postaci, prymitywne dowcipy, rozwalanie wyposażenia (np. drzwi z kopa) – oj dużo by opowiadać. Wiem, bo tego doświadczyłem.

Społeczeństwo, polityka. Kiedyś stwierdziłem, że na początku kadencji każdego polskiego samorządowca, posła, polityka jednym słowem, należy obowiązkowo przysłać do Londynu na kilka miesięcy. Gotowe rozwiązania, które bardzo by się przydały w Polsce, leżą tu na ulicy – są częścią codziennych doświadczeń. Świetny transport, podejście do klienta w każdym miejscu, przedsiębiorczość, tolerancja, opieka nad najsłabszymi, codzienne relacje między ludźmi itd. itd. Ludzie np. ekscytują się polityką, ale nie tak emocjonalnie jak w Polsce. Jeśli bowiem ktoś popiera partię X to potrafi o tym dyskutować, wie jaki jest program partii, jakie dotychczasowe dokonania, kto ją reprezentuje – to wszystko niezależnie od wieku, czy klasowego pochodzenia.  Wszystko to jest zupełnie nowe dla kogoś z tej emocjonalnej, głęboko “symbolicznej”, “narwanej” Polski. Chciałbym mieć kiedyś możliwość wykorzystania tych obserwacji.

Pogoda. Czyste szaleństwo i nieprzewidywalność. W ciągu jednego dnia potrafi prażyć słońce, zaraz spadnie deszcz, a później sypnie gradem. W zimie wielka śnieżyca (opisywałem), potem kilka dni “na plusie”, a potem znów śnieg i paraliż komunikacyjny. I przede wszystkim: nigdy nie jest tak zimno jak w Polsce!

A jeśli chodzi o doznania estetyczne to pięknie wyglądają te anonimowe postaci przemykające pod parasolami w strugach deszczu na Baker Street. Jak z obrazka. :)

Piękni ludzie. Tak określam tych, na których mogłem liczyć w najbardziej niespodziewanych sytuacjach. Spotkałem w Londynie kilka takich osób. Pierwszy w kolejności ( i jedyny jaki opiszę) przypadek to George z Indii wraz z Murzynką, której imienia niestety nie pamiętam. Obydwoje mieszkali w tym samym domu, co ja. George (lat około 60) pomagał mi, gdy długi czas nie mogłem znaleźć pracy, nie miałem prawie nic do jedzenia, chodziłem zdołowany i przybity. George, który był z zawodu kucharzem, gotował mi kolacje i inne posiłki, siedzieliśmy do późnych nocy przy domu gadając o różnych rzeczach, o wartościach, ludziach, pracy i nawet o… Bogu. Tak! George był bowiem, w przeciwieństwie do mnie, zagorzałym katolikiem. Ale w taki inny niż w Polsce sposób, George bowiem stosował w swoim życiu wszystkie chrześcijańskie zasady, w które wierzył. I to, że mi pomaga było dla niego czymś naturalnym, ponieważ uważał, że po prostu należy pomagać innym, bo tego chce Bóg. Murzynka która potem wprowadziła się do tego domu i widziała co robi dla mnie George, pewnego razu powiedziała zdanie, które zapamiętam na zawsze: “Wiesz, może to jest tak, że kiedyś pomogłeś komuś, a to dobro które wyszło z ciebie, teraz do ciebie wraca”. To co usłyszałem wzruszyło mnie autentycznie, choć było czymś absolutnie nieracjonalnym i mistycznym nawet. W jej ustach jednak miało to jednak wielką wartość.

Tak, w przeszłości pomogłem kilka razy innym ludziom w różnych sprawach, gdy zapłatą było tylko moje dobre samopoczucie. Kilka razy ci, którym pomogłem, nie docenili tego i wręcz na mnie warczeli. Niczego jednak nie żałuję.

George wyprowadził się dość dawno z domu, w którym mieszkaliśmy. Kilka dni temu zadzwonił, by zapytać jak mi leci i powiedzieć, że się za mną stęsknił. Obydwu nam brakowało widać kogoś, z kim można szczerze pogadać o ważnych w życiu sprawach. Bardzo piękny Człowiek.

Przemilczę celowo temat brzydkich ludzi. Dziękuję jednak nawet im za to doświadczenie. Wiem dzięki temu, na co uważać i jak nie przejmować się bezinteresownym złem i zgnilizną płynącą z zepsutych dusz.

Kim jestem teraz

Niektórych muszę rozczarować – jestem nadal sobą :) Ale nie tym, z lat powiedzmy 2006 – 2009, lecz tym wcześniejszym, bardziej optymistycznym, przepełnionym energią, żywym. Jestem też znacznie silniejszy, psychicznie i fizycznie. Dostałem po tyłku niewyobrażalnie, od ludzi, po których się tego nie spodziewałem; od ciężkiej roboty, o której wcześniej nie miałem pojęcia ;od biedy, która nieraz przybierała formę 2 kanapek dziennie. To właśnie mnie wzmocniło, znów jestem na ringu zwanym życiem :)

Nie zmieniły się wartości, które cenię. Dalej jest to szczerość, uczciwość, lojalność, empatia. Nie masz tych cech – no to raczej się nie zaprzyjaźnimy :)

No i jestem około 10 kilogramów chudszy, co wpływa bardzo pozytywnie na moje samopoczucie. Odtajałem po latach za biurkiem :)

Tzw. smaczki

Mowa o tym, co doświadczam pisząc ten tekst na bloga, tzn. co się wydarzyło przez ostatnie kilka godzin.

1. Dostałem od Konrada (pozdrawiam! :) linka do teledysku zespołu z lubelszczyzny (część składu ze Świdnika). Kawałek piękny, inny od chłamu a la Doda, czy tam inne Gagi. Polecam:

Acute Mind – Misery

2. Zapalił się dom naprzeciwko tego, w którym mieszkam. Przestałem pisać bloga, złapałem aparat i pstryknąłem foto. Jak widać strażacy przyjechali szybko, ogień nie wyszedł na dach, a akcja skończyła się po kilkudziesięciu minutach. Obiecane foto:

Piszę tego posta już dość długo. Może nie napisałem wszystkiego co chciałem, ale czas już powoli mnie zagania do łóżka. Za 3,5 godziny wsiadam do samochodu i jadę do Polski. Najpierw Kraków, a po krótkim wypoczynku powrót na Lubelszczyznę. Wstaję więc do komputera, idę zrobić kanapki na drogę, wziąć prysznic. Kurczę, czy jest w ogóle sens się kłaść? :)

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

8 Responses to “Kilka godzin przed wyjazdem do Polski. Podsumowanie.”

  1. dejman z brzuszkiem zza biurka mówi:

    niesamowite…, niesamowita szkoła życia.

  2. Marcin mówi:

    Adamie nadal czekam na opisy tych ludzi na + i – :-) hahaha a takze czekam na cos innego… a mowie o ksiazce – bardzo przyjemnie sie to czyta ( a ja nie z tych czytajacych) wiec moze blog sie rozwinie w cos bardziej oplacalne eknonmicznie?…

  3. admin mówi:

    Marcinie, tych opisów na + i – to się raczej nie doczekasz, no chyba że pogadamy przez Skype czy Facebooka :) A co do opłacalności ekonomicznej, to nawet na to nie wpadłem. Co proponujesz? :)

  4. Richmond mówi:

    “Znaleźć pracę w Londynie nie jest łatwo, zaś znalezienie zajęcia podobnego (co do finansów i wykonywanych obowiązków) do tego, jakie mają Anglicy graniczy z cudem i wymaga kilku lat pobytu tutaj i ostrych kombinacji. Dyplom i doświadczenie z Polski można sobie, za przeproszeniem, wsadzić. Nikt na to nawet poważnie nie spojrzy, no chyba że jesteś np. lekarzem.”

    Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia i nie moge sie z tym zgodzic.

  5. Olka mówi:

    Jest tak późno a ja siedze i czytam Twojego bloga:)) Przeżywam wszystko na nowo podobne powody dlaczego wyjechałam do Londynu, poglądy. Myśle że jesteś wartościowym i mądrym człowiekiem. Polskie prostactwo, kłotnie na ulicach, każdy mądrzejszy chce oceniać jak żyjesz , jak masz się zachowywać i jak ubierać. Nie widzą swojego prostego myślenia i ograniczonego/ narzuconego przez społeczeństwo sposobu postrzeganiaświata. “Gej/ murzyn/ rzyd to wszystko jest chore i gorsze od nas” itp.

    Wiecznie smutni ludzie na ulicach, zdołowani życiem, niemili pracownicy w sklepach, przychodniach, urzędach. Ja też taka byłam póki nie wyjechałam. Nietolerancyjna, oceniająca po twarzy, ubiorze itp. Wszystko się zmieniło gdy zobaczyłam że fajnie wyjśc nawet w piżamie do sklepu zaraz po przebudzeniu do sklepu pod domem, nikt nie zwraca na Ciebie uwagi na ulicy”jak można wyjść w piżamie, nienormalna” i usłyszeć od sprzedawcy- “hi sweethart how are u doin’ ” ze szczerym uśmiechem na twarzy, chociaż się nie znamy. Fajnie iść gdziekolwiek do urzędu, gdzie ludzie naprawde chcą Ci pomóc a nie tak jak w polsce dają Ci do zrozumienia że zawracasz im dupe i gdzieś mają twoje problemy. Fajnie jak ktoś Ci wejdzie w droge i powie “sorry” i puści oczko a nie jak w polsce podjedzie autobus w centrum jednego z największych miast, i każdy Cie odpucha łokciem, depcze byle tylko wjeść pierwszy. A najlepsze jest to że tam, gdy facet się uśmiecha na ulicy nie myślisz że tylko chciałby Cię za przeproszeniem “zaliczyć” a potem powiedziec że zaliczył kolejną łatwą dziewczynke, tylko uśmiecha się bo ma dobry humor i jest przyjazny, życzliwy itp. Nie mówie że tam nie ma takiego chamstwa i prostactwa, jest ale to najczęściej “polactwo” które zamiast wyciągnąć wnioski i uczyć się czegoś, naprawde dobrego od nich, ma to gdzieś i psuje nam opinie. Ja też nie raz się wstydziłam, ale nie za to że jestem Polką tylko przez takich właśnie polskich cwaniaków.

    Dla mnie Londyn to też takie bieszczady, kocham to miasto choć jest też wiele niebezpieczeństw. Najlepiej trzymać się z dala od niebezpiecznych ludzi, którzy mają jakąś tam przeszłośc z Polski, z dala od innych niebezpiecznych nacji, ludzi którzy również mają gdzieś prawa i zasady jakie tam panują i kierują się zasadami ze swoich państw.Trzeba myśleć o konsekwencjach, to przedewszystkim. Po mimo wszystko kocham to miasto, bardziej od swojego rodzinnego.

    Co do pogody nie jest tak źle, niby pada ale lato przypomina nasze polskie, nie ma aż takiej zimy, za co uwielbiam to misto jeszce bardziej. Wole deszcz niż mrozy. Kilka moich dolegliwości z Polski tam w ogóle zanikneło, a po powrocie do ojczyzny odnowiło się na nowo jak np. opryszczka na ustach i kilka innych.

    Piękni ludzie. Historia podobna do mojej. Po 3 miesiącach w londynie miałam wypadek na motorze, nic poważnego, ale nie umiałam stąpać na noge. Wdarło się zakażenie, bo źle mi na pogotowiu wyczyścili rane, więc troche zajął powrót do normy. Na drugi dzień po wypadku, szefowa(polka oczywiście, zwolniła mnie z pracy, choć się pomimo wypadku wstawiłam punktualnie i przepracowałam cały dziń z krwawiącą raną, na sztywnej nodze, kuśtykając. Na koniec dnia mi podziękowała) Miałam odłożone pieniądze, starczyło na miesiąc leżenia w łózku. Jestem anonimowa więc mam to gdzieś, miałam wracać do kraju, choć było mi żal. w ostatnim momencie zjawił się człowiek anioł. Stały klient restauracji, menager w drugiej. Szłam pożegnać się z dziewczynami, zaczepił mnie by spytać jak z nogą i co słychać. Odpowiedziałam że wracam do Polski, bo nie mogłam pracować z taką nogą a już nie mam na czynsz itp. Miał propozycje. Żebym nie wracała do Polski jak nie chce, że on mi pożyczy te pieniądze, a ja będe pracowała w tej restauracji gdzie on jest menagerem więc będe miała z czego oddać. Byłam w szoku. Pierwsza myśl, “stary dupek na pewno będzie chciał rekompensaty”. Nic z tych żeczy. Znowu się odbiłam w miesiąc, dług spłaciłam nie było żadnego nawiązania do “sexu” i powiedział mi dokładnie to samo co Tobie ta murzynka, plus to że czuł “że jestem dobrym człowiekiem”. Są ludzie bezinteresowni, wierzący w dobro drugiego. My nawet się nie znaliśmy, nie rozmwialiśmy za bardzo wcześniej, tylko “hi” kiedy przychodził do restauracji.
    Zawsze mogłam na niego liczyć, kiedy jeszcze się miotałam i nie wiedziałam jak coś załatwić, gdzie się udać, brał samochód jechał ze mną i pomagał we wszystkim. Potem się okazało że aktor, może nie gwiazda ale rozpoznawalny. Do dziś jesteśmy przyjaciółmi, dzwoni tu do Polski, piszemy maile, itp. Napewno połowa myśli,”tak napewno, dupy musiała dawać” mam to gdzieś, ja wiem jak było, i dziękuje za właśnie takiego anioła, że stanoł na mojej drodze i na zawsze zostanie w moim sercu.

    Złych ludzi, bez żadnych zasad moralnych też nie będe opisywać, choć przejechałam się boleśnie kilkanaście razy. Dużo mnie to nauczyło i powiem tylko tyle że “ten co ma miękkie serce, musi mieć twardą dupe”. Ja do jakiś naiwnych nie należe, ale potrafie postawić się w różnych sytaucjach i wtedy choć nawet nie mam pewności i tak pomoge jak tylko mogę. Kierując się tym że może ktoś, też nie jest bezczelny, niewdzięczny, i kurwą z charakteru.
    Trudno.

    Kim jestem teraz? Niby nadal sobą, ale moje myślenie zmieniło się o jakieś 300 stoni. Stałam się tolerancyjna, miła, nie osądzam po pozorach, uważam że nie mam prawa osądzać jak kto żyje, patrzeć z na kogoś z góry, wywyrzszać się. Jestem większym narcyzem niż byłam, ubieram się w to co mi się podoba, choć kiedyś nie miałam odwagi bo za bardzo zwracałam uwage uszczypliwych. Mam gdzieś co sądzą o mnie inni tutaj w Polsce.

    Zauważyłam że jestem dwiema innymi osobami. Jestem inna tam i tutaj, I nie wynika to z jakiejś gry, udawania czy coś w tym stylu. I tam i tu jestem sobą. W UK jestem miła sympatyczn, uśmiechnięta, pełna życia, jestem sobą w 100% bo wiem że nikomu nie przeszkadza to na ulicy.
    Tutaj mam zawsze poważna mine na ulicy, też jestem miła jeśli już ktoś się do mnie odezwie gdzieś ale do momentu. Nie do końca ubieram to na co mam ochote, bo czasem wiem że mam słabszy humor i ktoś się krzywo spojrzy może dojść do ostrej wymiany zdań. Tu żadziej mam humor, a to przez to jaka obsługa w sklepach, ludzie na ulicy zdołowani i to też wpływa na człowieka. Tutaj jestem ciągle gotowa na jakięs spięcia, że ktoś mi zwróci o coś uwage, że ktoś sie przypruje bez najmniejszego powodu.

    I do autora dzięki za sam malujący się uśmiech na twarzy przy każdym zdaniu i myśli “z kąd ja to znam!” pisałam już wcześniej ale powtórze, życze Ci tam wszystkiego najlepszego. Trzymaj się i łam stereotypy o ludziach z naszego kraju.

  6. Jacek mówi:

    Dzięki! Dzięki! Dzięki! Oko przymyka się samo, czy to ze zmęczenia, czy próby poprawy humoru w postaci małego drinka, może to ten upał?? Jednak nie mogłem się oderwać od lektury.Twój wpis dał mi ogromną dawkę energii. Mógłbym nawet zaryzykować, że Cię uwielbiam, ale czy to nie będzie przesadą?

    Moje początki wyglądają tutaj podobnie, choć tych brzydszych ludzi staram się unikać i jak na razie udaje mi się to doskonale. Choć kto wie, może nawet o niektórych rzeczach, które dzieją się wokół mnie nie mam świadomości? Może zwyczajnie jestem tutaj za krótko…

    Dzięki! Dodaje Twojego bloga do zakładek. Koniecznie muszę przeczytać całość… a w chwilach ponurego nastroju nie omieszkam się użyć o to tego wpisu!

    Pozdrawiam i życzę pomyślności!

  7. admin mówi:

    Jacku, dzieki za bardzo pozytywny komentarz. Świetnie się czyta, gdy ktoś pisze, że treść na blogu w czymś pomaga, poprawia samopoczucie. Co do uwielbiania mnie to ok, miłe, ale jestem zwyczajnym człowiekiem z zaletami i wadami, więc chyba nie ma co uwielbiać :) BTW jeśli tu jesteś to napisz na adamwlondynie@gmail.com to może się ustawimy na piwko :)
    Pozdrawiam
    Adam

  8. robert mówi:

    bardzo ciekawy wpis. długi, ale jego rzeczowość przyćmiewa rozmiar.

Leave a Reply