Adam w Dublinie – pełna relacja

lut
5

W ubiegłą niedzielę wróciłem z weekendowego wypadu do Dublina w Irlandii, gdzie czułem się fantastycznie. Kliknij w “czytaj dalej”, bo szkoda czasu na rozbudowane wstępy (a wpis dłuuugi) :)

Nawet nie wiem, kiedy wziął się pomysł, żeby tam pojechać. Pewnie podczas rozmowy z Michałem przez Skype lub Facebooka, sam nie wiem.  Tak czy siak, decyzja została podjęta spontanicznie,  a od pomysłu do jego realizacji minęły niecałe 2 tygodnie. Było warto, bo to był chyba najlepszy weekend, jaki przeżyłem od 2009 roku :) No ale po kolei…

Kto to jest Michał?

Michał jest z Biłgoraja. Poznaliśmy się na drugim roku studiów, kiedy przeniósł się z zaocznych na dzienne. No i przez następne lata trzymaliśmy się razem w tej samej najbliższej grupce znajomych. Ileż to razy zrywaliśmy się z zajęć we dwóch lub w grupie, żeby wyskoczyć na Perłę w Karczmie Trybunalskiej, nikt chyba nie zliczy. Ile imprez zaliczyliśmy, ile razy ambitnie siadaliśmy w akademiku, w którym Michał mieszkał, żeby “pouczyć się” przed egzaminem… ehhhh uśmiecham się na myśl tych wspomnień… W akademiku Michał poznał Magdę, z którą związał się, a po studiach wyjechał do Irlandii. I tak ten kontakt nam się urwał jakoś. Czasem gadaliśmy przez sieć – ja z Polski, gdzie pracowałem, a Michał z Irlandii,… ale to co innego niż spotkać się osobiście. Tak więc, kiedy pojawiła się możliwość (wszak Londyn to o rzut kamieniem do Dublina), nie myślałem długo i kupiłem bilet. Minęło 5, może 6 lat od mojego z Michałem i Magdą ostatniego spotkania, ale byłem pewny że nie zabraknie nam tematu do rozmów….

Droga do Dublina

W piątek o 7.10 ze stacji Euston w Londynie ruszył pociąg linii Virgin Trains, którym pojechałem do Chester. Bardzo ładny i nowoczesnybył to pociąg, z wszelkimi bajerami jak, dla przykładu Wi-Fi na pokładzie. Muszę przyznać, że podróżowało się wyśmienicie, wewnątrz było czysto i cicho, rozwaliłem się więc na fotelu, czytałem książkę i słuchałem muzyki. Oczywiście, jak na brytyjskie pociągi przystało, toaleta była czyściutka, z mydłem, kranem na fotokomórkę i zapasem papieru toaletowego. Niby banał, ale tak kontrastujący z polskim PKP, że musiałem o tym wspomnieć. Poniżej zdjęcie pociągu sieci Virgin Trains, stojącego na stacji w Holyhead (wykonane w drodze powrotnej, gdy jechałem połączeniem bezpośrednim). Uwaga: wszystkie miniatury otwierają się po kliknięciu w nowym oknie.

W Chester przesiadłem się na walijską linię Arriva. Tutaj już standard był znacznie niższy, przypominał bowiem polską pierwszą klasę. Warto w tym miejscu nadmienić, że pociągi na wyspach nie mają przedziałów, przypominają bardziej autokary lub samoloty z rzędami siedzeń. Podczas tej części podróży krajobraz zmieniał się z minuty na minutę – od industrialnego, angielskiego po łąki z owcami, kucami, krowami. To był znak, że wjeżdżam na teren Walii. W pewnym momencie po jednej stronie pociągu widziałem morze, a po drugiej niskie zielone góry, przypominające nieco polskie Bieszczady. Stacje mijane po drodze miały oznaczenia w dwóch językach – angielskim i walijskim. O ile angielski jest oczywisty i rozpoznawalny, to już walijski jest podobny zupełnie do niczego.

W pewnym momencie, gdy pociąg zatrzymał się na jednej ze stacji, zauważyłem kątem oka, że niektórzy pasażerowie wyciągają swoje iPhony i coś fotografują. Zerknąłem przez okno i okazało się, że zatrzymaliśmy się w słynnej miejscowości o nazwie Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch. Tak, to nie pomyłka. Natychmiast skojarzyłem, że już kiedyś, gdzieś o tym miejscu czytałem. Złapałem więc za torbę, w której schowany miałem aparat, ale niestety… pociąg już ruszył. Szkoda. Na otarcie łez pozostaje Wikipedia :)

Arriva, przewiozła mnie do portu w Holyhead, gdzie przesiadłem się na prom do Irlandii. Podczas odprawy granicznej, która trwała może 2 minuty, celnik zerknął na mój dowód, a oddając go powiedział po polsku “dziękuję”.

Prom należący do linii Irish Ferries nazywał się Dublin Swift i miałem okazję płynąć nim w obydwie strony. Na pokładzie podobne atrakcje, jak na promie między Dover w UK, a np. Dunkierką we Francji, czyli knajpki z jedzeniem i piciem, kantor, sklepy bezcłowe, filmy z DVD, telewizja, internet. Dużo czasu spędziłem na odkrytym pokładzie, robiąc zdjęcia i paląc papierosy :) Gdy wypływałem wyszło piękne słońce, natomiast im bliżej Irladndii, tym pogoda była bardziej.. hmmm cóż.. irlandzka. Zaraz po odbiciu od brzegu skorzystałem z oferty baru i wypiłem pintę Guinessa. Choć było chyba jeszcze przed południem, kiedy dżentelmen pić nie powinien, stwierdziłem że tylko raz w życiu płynie się pierwszy raz do Irlandii i nie mogę sobie tego doznania darować :) Piwo podano mi w plastikowym kubku, what a shame…

Dublin / piątek

Po zejściu na ląd w Dublinie około godz. 14. udałem się Michała zaprzyjaźnioną taksówką prosto do jego domu. Kosztowało mnie to aż 20 Euro w jedną stronę, a i tak jechałem za połowę normalnej ceny! Później z resztą przekonałem się, że Irlandia to cholernie drogi kraj, ale o tym dalej…

Pierwsze obserwacje poczynione z okna taksówki były dość zaskakujące. Okazało się bowiem, że Dublin – stolica Irlandii jest kompletnie innym miastem niż Londyn. Był środek dnia w piątek, teoretycznie godziny szczytu, a ruch jakby niewielki (w porównaniu do wiecznie zatłoczonej stolicy Anglii). Zabudowa znacznie niższa, miejscami można rzec, że uboga, a tu nagle wielki stadion. Kierowca wyjaśnił, że to Aviva Stadium – irlandzki obiekt narodowy, na którym rozgrywane są mecze piłki nożnej, rugby oraz futbolu gaelickiego. O tym ostatnim rodzaju sportu nic nie wiedziałem, a jak mi wyjaśniono, rozgrywki tej dyscypliny przyciągają na mecze aż 80 tys. kibiców! Moją uwagę zwróciła też jednolitość rasowa na ulicach stolicy Irlandii – zdecydowana większość ludzi miała biały kolor skóry. Londyn pod tym względem jest procentowo o wieeeele bardziej kolorowy.

Gdy dojechałem na miejsce, w domu była tylko Magda, która tego dnia miała wolne, Michał miał wrócić z pracy około piątej. Magda zaopiekowała się przybłędą, zgodnie z polską gościnnością witając mnie chlebem i solą… no dobra, kłamałem, zjadłem tortellini i popiłem je Guinnessem :) Posiłek wyglądał tak:

Pogadaliśmy sobie, odpocząłem po podróży i po godz. 17 do domu wszedł Michał. Przywitaliśmy się uściskiem “na misia” i kilka chwil potem usłyszałem najlepszy komplement na świecie. To znaczy Michał powiedział, że w ogóle nie czuje, że nie widział mnie lata, że jakby minęło zaledwie kilka dni odkąd ostatni raz się widzieliśmy. Czułem dokładnie to samo. Nie było więc żadnego skrępowania, ciszy w trakcie rozmowy, bo nadal czuliśmy, że znamy się jak łyse konie. Trzeba też dodać, że z naszą trójką czas obszedł się wyjątkowo łaskawie – Magda, Michał i ja prawie się nie zmieniliśmy z wyglądu, za to nasi rówieśnicy w większości zaczynają liczyć pierwsze zmarszczki i siwe włosy (jeśli w ogóle mają jeszcze włosy) hahahaha :)

Doskonała atmosfera towarzyszyła nam przez cały weekend. Takie jest przynajmniej moje zdanie, mam nadzieję że podzielane przez Michała, czytającego te słowa :) Z resztą, gdyby coś było nie tak, to by mi zawsze przyjaciel o tym powiedział wprost, bo w przyjaźni nie ma miejsce na ściemy i kłamstwa. Ostatnie zdanie zabrzmiało jak z Kubusia Puchatka, ale co tam hehehe

Wieczorem w piątek poszliśmy we czworo (Magda, Michał, Ewa-współlokatorka z domu w którym mieszkają – Polka, no i ja) do miejscowego pubu o nazwie The Bell. Ten ogromny lokal mieści się w osobnym budynku, jest tradycyjnym irlandzkim pubem, który z kolei (jak się dowiedziałem) wyróżnia się okrągłym barem pośrodku sali. Dziewczyny, z tego co pamiętam, popijały drinki, a ja z Michałem kontynuowałem podróż po krainie Guinnessa, który smakował wyśmienicie. Jeśli chodzi o smak tego wybornego trunku to Irlandczycy mają nawet takie powiedzenie, że “Guinness don’t travel” (czyli, że Guinness nie podróżuje), kilka słów więcej na tej stronie i zaświadczam, że jest to prawda. Piłem to piwo wiele razy i w Polsce i w Londynie, ale tak jak w Dublinie, Guinness nie smakuje nigdzie indziej. Niedowiarkom, piwoszom – koneserom polecam wyprawę na Zieloną Wyspę. Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz, jeśli chodzi o serwowanie piwa w Dublinie (podobnie chyba jest w Londynie, ale nie zwróciłem na to uwagi). Otóż, jeśli zamawiasz np. Guinnessa to dostaniesz go w szklance tej samej marki, podobnie z innymi piwami. A jeśli np. wszystkie szklaki danej marki są wydane lub właśnie myte to kelner lub barman najpierw zapyta o pozwolenie, czy może podać w innej. Bardzo, ale to bardzo mi się podoba ten zwyczaj. W Polsce… ehh wiadomo jak z tym jest w Polsce…

W pewnym momencie w lokalu zaczął rozstawiać swe instrumenty zespół – rockowy zespół, grający na prawdę kawał dobrej muzyki (i wiele coverów). To, że w irlandzkich pubach są występy muzyczne, czy to tradycyjnej irlandzkiej muzyki, czy też rockowe, to codzienność w Dublinie. Irlandczycy bowiem uwielbiają się bawić przy muzyce, wspólnie śpiewać i tańczyć. Po jakimś czasie wokalista z bezprzewodowym mikrofonem biegał po barze i wśród publiczności. Pomyślałem, że ma więcej charyzmy niż niejeden polski “topowy” zespół…

Przez cały piątkowy wypad nie zapłaciłem nawet 1 Euro, bo Michał uparł się na stawianie. Skończyło się porannym bólem łowy. (Mam nadzieję Michale, że niebawem będę miał okazję zrewanżować się za to kilkoma litrami złotego napoju) :)

Dublin / sobota

Chciałem jak najwięcej zobaczyć, poczuć klimat Dublina, ustaliliśmy więc, że cały dzień poświęcimy na zwiedzanie miasta. Mieliśmy wyruszyć z samego rana, no ale ten ból głowy… skończyło się na okolicy południa, a wcześniej zjadłem przygotowany przez Magdę posiłek, czyli irish breakfast (irlandzkie śniadanie).

Do centralnej części stolicy Irlandii dotarliśmy więc około 14, dystans pokonując piętrowym autobusem, podobnym do londyńskiego, tyle że mniej nowoczesnym i w innych kolorach :) Wysiedliśmy na O’Connell Street (po irlandzku – Sráid Uí Chonaill), najbardziej reprezentacyjnej ulicy Dublina.

W centralnym punkcie tej ulicy ustawiono w 2003 roku iglicę “Spire of Dublin“, którą lokalna Polonia określa mianem “Szpili”. Ta ogromna stalowa konstrukcja jest najwyższą rzeźbą na świecie. Znajduje się w miejscu, gdzie kiedyś stała “kolumna Nelsona”, wysadzona w powietrze w 1966 przez bojownika IRA. Szczerze mówiąc jest to wg. mnie paskudztwo, które do niczego nie pasuje w Dublinie. No ale wrażenie robi, trzeba przyznać. Zwłaszcza, gdy podejdzie się pod sam spód i spojrzy do góry. Widać wtedy jak ten 120 – metrowy kolos rusza się na wietrze, wręcz przerażające.

Na Henry Street strzeliliśmy sobie zdjęcie ze szpilą i weszliśmy do pamiątkarskiego sklepu sieci Carroll’s. Piwnica, parter i piętro pełne najróżniejszych gadżetów. Czego tam nie było, cuda – wianki! A ceny… lepiej nie mówić. Najdroższe były chyba wszelkie produkty firmowane znakiem Guinnessa. Zaszalałem i kupiłem sobie fartuch kuchenny, ze 3 kieliszki i jakiś breloczek – otwieracz, Ance w prezencie magnes na lodówkę (zbiera) w kształcie koniczynki, a Bartkowi z kolei breloczek – piersióweczkę :) Michał wkurzał się, że tyle tam łażę i się nie mogę zdecydować, co kupić (aż przewracał oczami ze znudzenia). No, ale jak ma się ograniczony budżet i chce się wszystko, to jest kłopot…

Przekroczyliśmy mostkiem rzekę Liffey i weszliśmy do najbardziej kameralnej części Dublina. Śmiałem się do rozpuku, gdy na ulicy zobaczyłem tańczące ryby, tzn. ludzi przebranych za ryby i tańczących w irlandzkim stylu. Ryby, gdy nie tańczyły, spacerowały sobie, zaglądały przez okna restauracji, zaczepiały ludzi na ulicy głośno szeptając przeciągłe “fishhhhhh”. Nie wiem, o co im chodziło, bo nic nie rozdawali ani nie reklamowali, ale było to przekomiczne.

Niedaleko od tego miejsca znajduje się słynny na całym świecie pub “The Temple Bar”, z charakterystyczną czerwoną ścianą, obecną na gadżetach, pocztówkach, koszulkach dostępnych w całym Dublinie i diabli wiedzą, gdzie jeszcze. Z zewnątrz wygląda niepozornie, ale po wejściu do środka okazuje się, że jest ogromny. No i cały czas zatłoczony. Jeszcze nie było godziny 15., a już wewnątrz mnóstwo ludzi i zespół grający irlandzką muzykę. Wyposażenie cudowne, niezwykle klimatyczne, półmrok – rozpływałem się…. Wypiłem Paulanera, a Michał hot whiskey (bardzo ciekawy i smaczny irlandzki trunek). Ceny o dziwo nie były strasznie wygórowane, tzn. jak na i tak drogi Dublin (normalnie piwko kosztuje w barze 5 Euro, w Temple Bar było chyba 1 czy 2 Euro drożej). Zrobiłem zdjęcia i nagrałem krótki filmik (teraz żałuję, że pokazałem na nim może 1/3 lokalu). Przy okazji obwieszczam, że od teraz będę robił i wrzucał więcej filmików na mój nowy kanał na youtube.

Link do filmu: The Temple Bar

W dalszej części wycieczki obskoczyliśmy Uniwersytet Dubliński, przywitaliśmy się z ponętną Molly Malone ., której towarzyszył legendarny Leprechaun

…i chwilę potem dotarliśmy do Grafton Street, stanowiącej najpopularniejszy deptak Dublina. I tak, jak to na deptaku występowali artyści, były “żywe rzeźby”, dużo sklepów, jakieś restauracje. Najciekawsze dla mnie było spotkanie ze starszym panem, który do irlandzkiego folku z głośnika przygrywał czymś w rodzaju metalowych kastanietów, tyle że dźwięki wydawał także butami. Michał rzucił mu do kapelusza kilka monet, więc ten pan pięknie zapozował mi do zdjęcia. A “grał”  fantastycznie, niespiesznie i bardzo bardzo klimatycznie. Niestety nie wiem, jak nazywają się te “instrumenty muzyczne”, może ktoś rozpozna i powie w komentarzach?

Zgłodnieliśmy już nieco, więc postanowiliśmy wstąpić do restauracji na lunch. Chciałem spróbować coś typowo irlandzkiego, więc (podobnie jak Michał) zamówiłem Irish Stew, czyli swego rodzaju gulasz (oryginalnie z baraniny, my jedliśmy z wołowiną), który przyrządza się na bazie – tu nie będzie zaskoczenia – Guinnessa. Smakowało bardzo dobrze, zaspokoiło też głód aż do wieczora.

Do domu Michała i Magdy dotarliśmy pod wieczór, po drodze zahaczając jeszcze o katedrę św. Patryka i kolejny pub, żeby zdążyć na mecz Barcelony, klubu, którego Michał jest wielkim fanem. Pierwszą połowę spędziłem w kuchni, przyrządzając w ramach podziękowań za gościnę (no i żeby coś zjeść po prostu) swoje słynne spaghetti al amatriciana. Wyszło bardzo dobrze, a ja podczas gotowania miałem okazję użyć pierwszy raz swój fartuszek z pięknym nadrukiem :) Na zdjęciu niżej prezentuję gotowe danie:

Kolację zjedliśmy popijając hiszpańskim czerwonym winem z Tesco za 4 Euro (w promocji). Bardzo dobre było, więc sklep odwiedziliśmy łącznie chyba 4 razy :) Magda zrobiła mi przepyszne kanapki na drogę do Londynu, w którą wyruszyłem o poranku.

Większość czasu na promie spędziłem na górnym pokładzie. Piekielnie wiało, ale musiałem tam być, choćby po to, żeby zrobić takie zdjęcie:

Gdy wysiadłem w Holyhead w niedzielny poranek, zostało mi jeszcze 2 godziny do pociągu, postanowiłem więc pozwiedzać to maleńkie portowe, walijskie miasteczko. Szybko przekonałem się, że jest co oglądać, bowiem na terenie tej osady znajdowały się ruiny rzymskiego fortu z IV wieku oraz  kamienny kościół z VI wieku (czyli mniej więcej wtedy, gdy przodkowie Piastów stawiali drewniane posągi Światowida, Swarożyca i Lelum Polelum).

Atmosfera w miasteczku była bardzo senna, na ulicy żywego ducha, zamknięte z okazji niedzieli knajpki serwujące śniadania, klimat jedyny w swoim rodzaju.  Pokręciłem się po ulicach, wypiłem też 1 Guinnessa w portowej spelunie, której nazwy nawet nie zanotowałem w pamięci. Wsiadłem do pociągu i wieczorem byłem już z powrotem w hałaśliwym, zatłoczonym Londynie.

Dziękuję Magdo i Michale za ten świetny weekend i mam nadzieję, że jeszcze wrócę na Zieloną Wyspę, by się z Wami spotkać.

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

4 Responses to “Adam w Dublinie – pełna relacja”

  1. [...] Przyszła kolej na praktyczne wykorzystanie nowo nabytej wiedzy. Oto ja podczas zbierania się do produkcji pierwszej rolety (jestem nieco niewyraźny, ale to zdjęcie musiało się na blogu pojawić). Aha, mam na sobie fartuch do gotowania z wielkim logo Guinnessa, który kupiłem w Dublinie [...]

  2. [...] Na samym początku mojego pobytu w Londynie próbowałem piw z różnych zakątków świata. Po czasie subiektywnie stwierdzam, że najsmaczniejsze z nich to “Red Stripe” (piwo z Afryki, obecnie produkowane w UK, popijam je pisząc ten tekst ) oraz Guinness, którego miasto narodzin odwiedziłem [...]

  3. gosciu mówi:

    Ten instrument u sfotografowanego Pana to najprawdopodobniej kastaniety własnej roboty :)
    Pozdrawiam i bardzo przyjemnie czytało się tego bloga.

  4. WOJTEKSE1 mówi:

    Po pierwsze to dzięki bo jechałem tam na czterodniowy wypad ( Dublin, Galway) w ciemno, bez żadnych namiarów. Skorzystałem częściowo z informacji jakie udzieliłeś . Ceny mnie nie zaskoczyły bo mieszkam w Szwecji i tu nie jest taniej.
    Co do atmosfery to LUX ,na ulicach i w barach. Fajni ludzie. Polaków spotyka się wszędzie począwszy do wypożyczalni aut poprzez hotel i knajpy. Piwo w Temple bar kosztuje już 5,75 ale atmosfera się nie zmieniła :)
    Jedyne co mnie rozczarowało w Irlandii to drogi miedzy miastami. Tragedia, wąskie i bez poboczy. Miałem okazje przeciąć dwie opony na kamieniu który leżał na poboczu, mechanik wezwany pocieszył mnie że “..wczoraj w tym samym miejscu inny samochód miał taką samą przygodę..”
    a w wypożyczalni potwierdzili że to bardzo częsta usterka.
    Dla mało wprawnych kierowców- UWAGA!
    Ogólnie Irlandia jest bardzo atrakcyjnym krajem, może tam wrócę.
    Pozdrawiam

Leave a Reply