DARMÓWKA NAPISAŁA – otwarcie nowej kategorii na blogu

lut
15

Z otwarciem tej kategorii zwlekałem bardzo długo, lecz oto nadejszła wiekopomna chwila… tadaaaaa!!!!! Rzecz dotyczy dwóch najchętniej chyba czytanych londyńskich gazet, czyli “Metro” oraz “London Evening Standard”. Darmowych, ale o całkiem przyzwoitym poziomie.

Wspomniane na wstępie tytuły ukazują się od poniedziałku do piątku i są dostępne na terenie całego Londynu. Można je dostać bezpośrednio ze stojaków ustawionych na stacjach metra, czy kolei naziemnej, są także rozdawane przez gazeciarzy na ulicach. “Metro” ukazuje się o poranku, natomiast “Evening Standard” wieczorem. Tłumy pasażerów publicznej komunikacji czerpie informacje o świecie właśnie z tych gazet, rzadko kiedy trafi się jakiś prostak z “The Sun” lub snob np. z “The Independent” w ręce.

Jeśli chodzi o poziom dziennikarstwa to, nie oszukujmy się, nie jest to mistrzostwo świata. Szczególnie w porannym “Metrze” teksty są krótkie, lżejsze jeśli chodzi o treść, ale to chyba zabieg celowy, żeby nie męczyć (intelektualnie) zaspanych londyńczyków. Ogólnie oceniam poziom tych gazet całkiem pozytywnie, mając w pamięci jako kontrast warszawskie “Metro”, czyli taki należący do Agory ściek z “Wyborczej”, gdzie trafiają słabsze teksty, a popularność wydawnictwa podkręca się wydatkami na promocję.

Czytam obydwie gazety dość regularnie i zawsze moje rozbawienie budzi fakt, że dokładnie te same tematy, a nawet żywcem przepisane tłumaczenia, znajduję na polskich portalach internetowych 2 -3 dni później jako świeże niusy :) I nie chodzi mi o żadne niszowe stronki www, tylko o wiodące na polskim rynku internetowe tytuły. Mało tego! Czasem zdarza się, że w polskim tłumaczeniu jest wycinane pół oryginalnego tekstu, przez co znika cały kontekst i polska wersja staje się rzygiem z oryginału :) Nie miałem o tym pojęcia przed wyjazdem do UK…

Tematy poruszane w londyńskich darmówkach nie odbiegają od tego, co można zobaczyć tego samego dnia np. w BBC, więc jeśli chodzi o funkcję czysto informacyjną to obydwa tytuły spełniają swoje zadanie. Można znaleźć śmiertelnie poważne teksty oraz typowe tabloidowe “michałki”, do wyboru, do koloru. Przykładem niech będzie zamieszanie wywołane oświadczynami księcia Wiliama. Temat ten był wałkowany do znudzenia  zarówno w “Metrze”, jak i w “Evening Standard”, ale podobnie działo się we WSZYSTKICH innych dostępnych w UK mediach.

Objętość wydawnictw, tzn. ilość stron nie odbiega od tego, co kojarzy się ze zwyczajną, płatną gazetą. Egzemplarz “Evening Standard”, który dziś wieczorem wziąłem ze stojaka na stacji Victoria, i który trzymam przed sobą pisząc te słowa, ma 60 stron i jest w formacie zbliżonym do A3. Poranne “Metro” jest pod tymi względami podobne.

W dziale bloga, który otwieram tym tekstem, będę zamieszczał (w dniu ukazania się) tłumaczenia artykułów, które mnie zdziwiły, rozbawiły, zaskoczyły lub oddają “odmienność” brytyjskiej mentalności. Nie obiecuję, że będę robił to codziennie, bo nie zawsze pojawiają się teksty spełniające powyższe kryteria. A czasem jestem po prostu zbyt umysłowo zmęczony po dziesięciu godzinach w biurze i po ponad dwóch (łącznie) podróży, “do” i “z” pracy… Czasem pozwolę sobie okrasić tłumaczenie komentarzem (a może zawsze? – zobaczymy). Początkowo planowałem zamieszczać zdjęcia każdego z tekstów, ale stwierdziłem, że wpłynie to negatywnie na częstość dodawania nowych wpisów w dziale (każde foto trzeba obrobić graficznie, dodać taga blogowego itd) no i zapcha mi darmową przestrzeń dyskową na cba… Oczywiście, nie jestem zawodowym tłumaczem, więc zdania mogą się wydawać nieco niezgrabne, ale liczy się treść, prawda? ;) Proszę także wziąć pod uwagę fakt, że składnia angielska różni się od polskiej, więc czasem jest tak, że polski odpowiednik angielskiego tekstu jest o wieeele dłuższy (kto zna język, ten wie).

Z okazji otwarcia i długiego wstępu zamieszczę tłumaczenie krótkiego artykuliku z drugiej strony dzisiejszego “Evening Standard”. Rzecz dotyczy sprawy opisywanej w mediach już dawno temu, jakieś dwa miesiące wcześniej, a obecnie znajdującej swe zakończenie. Całkiem to zabawne, moim zdaniem.

Szef, który złapał złodzieja musi zapłacić 13 tys. funtów

Szef, który przyłapanego na kradzieży pracownika zaprowadził na policję z zawieszoną na szyi tabliczką, musi zapłacić 13 tys. funtów. Po tym gdy został pozwany za spowodowanie jego cierpień psychicznych i utraconą możliwość zarabiania.

Simon Cremer (lat 47) przeprowadził Marka Gilberta przez ulice Witham w Essex z wykonanym na kawałku tektury napisem o treści “ZŁODZIEJ. Ukradłem 845 funtów i teraz jestem w drodze na komisariat policji”.

W październiku 2008 roku czterdziestoletni ojciec trójki dzieci wypisał w imieniu firmy, w której pracował, czek i spieniężył go potem w Cash Converters (jedna z firm, która zamienia szybko czeki w gotówkę – przyp. adamwlondynie.cba.pl) . Podczas przesłuchania przyznał się do przestępstwa. Został wypuszczony po upomnieniu, a jego szefa oskarżono o bezprawne uwięzienie.

Sprawę (złodzieja – przyp. adamwlondynie.cba.pl) umorzono, a szef kładącej podłogi firmy, w której pracował, musi teraz zapłacić 5 tys. funtów w ramach zadośćuczynienia oraz 8 tys. kosztów sądowych.

Pan Cremer skomentował wyrok krótko: “To nie mieści się w głowie” (luźne tłumaczenie, po ang. “I think it’s absolutely disgusting”)”

Tym pierwszym razem bez komentarza, bo kończę trzecie jamajskie (całkiem smaczne) piwo o nazwie “Red Stripe” i zaraz wybieram się do łóżka.

P.S. Serdeczne pozdrowienia dla mojego Przyjaciela Szymona, który obecnie dochodzi do siebie po wycięciu wyrostka w warszawskim szpitalu i pewnie ten wpis przeczyta dopiero w piątek 18 lutego . Trzymaj się, stary! Mam nadzieję, że zgodnie z planem, niebawem zobaczymy się w Londynie :)

;)

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

Leave a Reply