Sushi Party

mar
30

Według  stereotypu, Polak w Londynie to ciułający każdy grosz robotnik budowlany, którego jedyną rozrywką jest weekendowa wóda z kumplami. Jeśli jest młody to dochodzą jeszcze discopolowe przytupy w polskich gettach, palenie nielegalnych ziół i, od czasu do czasu, jakaś bójka z Murzynami. I w wielu przypadkach tak właśnie jest – nie ma co się oszukiwać (znam takich). Mam jednak szczęście obcować także z osobami, które w Londynie realizują swoje pasje i rozwijają to, na co w Polsce nie mogliby sobie pozwolić. Dziś o tym, jak uczyłem się gotować / robić sushi pod okiem doświadczonego kucharza. Młodego Polaka. Tekst z dużą ilością moich zdjęć.

Z Bartkiem, bo o nim na wstępie mowa, znamy się jeszcze z czasów liceum. Choć jest trochę starszy to mieliśmy wspólnych znajomych, co oczywiście łączyło się ze wspólnym imprezami, wizytami w tych samych knajpach w naszym miasteczku. Bartek studiował później historię, udzielał się też przez lata na archeologicznych wyjazdach z prof. Kokowskim. Po studiach wyjechał za granicę wraz z poznaną na uczelni Kasią, obecnie żoną i mamą ich córeczki :) Przez lata Bartek pracował w kuchni, zdobył pozycję szefa w ekskluzywnych londyńskich restauracjach, a obecnie jest głównym menedżerem w tutejszej znanej firmie dostarczającej jedzenie organic (czyli “ekologiczne”), które w Londynie jest cholernie drogie i bardzo poszukiwane.  I chyba nikogo nie zaskoczy, jeśli powiem, że nie planuje wraz z rodziną powrotu do Polski :)

Przez długi czas mojego pobytu w UK nawet jakoś nie zdawałem sobie sprawy, że Bartek tu jest, w końcu nie widzieliśmy się kilka lat. Pewnego dnia zgadaliśmy się na Naszej – Klasie (zanim skasowałem tam konto) i okazało się, że jesteśmy prawie sąsiadami, tzn. mieszkamy od siebie jakieś 15 minut samochodem, około godziny komunikacją publiczną. No i tak odświeżyliśmy znajomość, kilka razy się spotykaliśmy, a niedawno Bartek i Kasia zaprosili mnie do swego domu na sushi. A jako, że i ja lubię gotować to oczywiście zgodziłem się pod warunkiem, że się nauczę tej japońskiej sztuki. Poniżej zdjęciowa (z opisami) relacja z nauki. Miniatury otwierają się po kliknięciu w nowym oknie.

Podstawowa rzecz, jaką należy wiedzieć o sushi to to, że w tej sztuce panuje wielka dowolność jeśli chodzi o dobór składników i sposób podawania. Oto “materiały”, których używaliśmy:

SzparagiSzparagi “obrabiane termicznie” na patelni.

Ważna informacja: jadalna część szparaga to ta górna. Żeby oddzielić od dolnej, łykowatej (niejadalnej) należy szparaga postawić pionowo i palcem przycisnąć od góry (od strony “główki”). Złamie się w odpowiednim miejscu, dolna część ląduje w śmietniku, a górna jest do jedzenia.

Glony

Glony.

Kupuje się suszone w kartonie. Są wielkości kartki papieru. W późniejszej obróbce łapią wilgoć i ściskają owinięty nimi ryż. W Londynie są bardzo łatwo dostępne i nie kosztują wiele, podobnie jak reszta składników.

Krewetki.

Znam ludzi (np. moją mamę), którzy tych “robali” za nic w świecie nie wezmą do ust. Ja je jednak uwielbiam, podobnie jak inne owoce morza. Niektórych może dziwić, że te na zdjęciu mają szary kolor, a nie różowy. Nie ma tu jednak błędu, tak bowiem wyglądają surowe krewetki, różowe robią się dopiero po ugotowaniu. Każdy dobry kucharz wam powie, że trzeba używać tych szarych, a nie kupować obrobione.

Wasabi

Wasabi.

Jest to japoński “chrzan”, który można kupić w postaci sproszkowanej. Zawartość słoiczka / puszki rozrabia się z wodą do konsystencji pasty. Smak jest o wiele ostrzejszy od znanego choćby w Polsce chrzanu, dlatego wasabi należy stosować z wielkim umiarem.

Ryby i sosy

Ryby i sosy.

Używaliśmy kilku rodzajów ryb, wśród nich łosoś w miso  czy np. tuńczyk. Na zdjęciu, w miseczkach obok znajdują się sosy (np. majonez z miso oraz z mięsem krabów i i ziarnami sezamu).

Ginger, czyli imbir.

W słoiczku znajdują się zamarynowane plasterki imbiru. To nie jest składnik potraw, lecz coś co zjada się między różnymi daniami / rodzajami sushi w celu “zresetowania smaku”.

RyżRyż.

Do sushi używa się specjalnego ryżu, który po ugotowaniu i dodaniu odrobiny ryżowego octu i ryżowego wina, odstawia się “rozpłaszczony” na zimnym talerzu do schłodzenia. Bardzo, ale to bardzo się lepi (dlatego później przy zwijaniu trzeba mieć pod ręką miseczkę z wodą, gdzie myje się ręce).

Do produkcji sushi używaliśmy poza tym kawioru i prażonych ziaren sezamu. Jak widać składników wiele nie ma, a efekty są oszałamiające :)

W tzw. międzyczasie przegryzaliśmy z Bartkiem surówkę z marchewek, z dodatkiem prażonych orzechów nerkowca i sosem, którego składu niestety nie mogę zdradzić (obiecałem). Talerz z tą przekąską wyglądał tak:

Surowka

Dodatkowo zjadaliśmy “półprodukty”, czyli krewetki w tempurze (usmażone przez Kasię na głębokim oleju, w prostej panierce), troszkę marynowanej w miso ryby i to wszystko obsypane prażonym sezamem. Mniam!:

Przekaski

Pozostało jeszcze tylko pokroić kawałki ryby…

… i już można zawijać te rolety :)

Jedna z metod to wcześniejsze ukrojenia kawałka glonu, położenie na nim składników (tutaj kawałek szparaga, ryba, odrobina wasabi i ryż) i ręczne zwinięcie:

Sushi 1 - robienie

A oto efekt na talerzu:

Sushi 1 - gotowe

Inna oryginalna kompozycja (ryba, sos, szparagi, kulka z ryżu posypana sezamem i to czarne “coś” – nie pamiętam co :) prezentuje się następująco:

Sushi 2 - gotowe

Sushi to jednak nie tylko ryba, ale też wspomniane wcześniej krewetki. Takiego “robala” w tempurze kładzie się na kupce ryżu, przykrywa z wierzchu także ryżem, po czym posypuje sezamem i przekraja ostrym nożem. Efekt jest wizualnie oszałamiający (na zdjęciu zaraz po przekrojeniu), a i smak nie gorszy!

sushi_krewety_robienie2

Nic z tego nie wyglądało chyba jak sushi, do którego jesteście przyzwyczajeni, prawda? Pora więc pokazać, jak się robi takie najbardziej tradycyjne sushi, bez zbytnich wariacji:

Należy położyć na desce matę bambusową, dzięki której w prosty sposób bardzo “ściśle” uda się zwinąć zawartość. Na niej ląduje cała “kartka” glonów oraz inne składniki (w tym przypadku ryż, ryba, awokado – składnik nieco łamiący “tradycyjność” potrawy oraz kawior).

sushi_kawior_robienie

Proces zwijania może się wydać nieco trudny, ale tak naprawdę potrzeba zaledwie kilku minut, by pojąć, jak się to robi:

zawijanie

Powstałą roletę trzeba pociąć na mniejsze roletki bardzo ostrym i suchym nożem. Glony w tym momencie łapią od ryżu i innych składników wilgoć i całość “napręża się”.

ciecie

Na powyższych zdjęciach widać częściowo Bartka, który cierpliwie odpowiadał na moje pytania i opowiadał o japońskiej kuchni, na punkcie której ma świra :)

Przyszła kolej na praktyczne wykorzystanie nowo nabytej wiedzy. Oto ja podczas zbierania się do produkcji pierwszej rolety (jestem nieco niewyraźny, ale to zdjęcie musiało się na blogu pojawić). Aha, mam na sobie fartuch do gotowania z wielkim logo Guinnessa, który kupiłem w Dublinie :)

Wyszło mi, więc mogę powiedzieć z dumą, że POTRAFIĘ ROBIĆ SUSHI! :D (w końcu uczyłem się od profesjonalisty! :) )

Po fascynującym czasie w kuchni nadszedł czas na konsumpcję właściwą :) Zastawiliśmy stół naszymi kreacjami, które (wg. słów Bartka) w ekskluzywnej restauracji kosztowałyby łącznie około 2 tysiące funtów. Cóż, jest moda na sushi (a z tego co mówią mi ludzie przez internet – w Polsce dopiero się na większą skalę zaczyna).

Oto stół:

Stol

A to my przy stole, w komplecie (Damy: Maja i Kasia, Dżentelmeni: Bartek i ja w dalszym planie)

Konsumpcja - foto pamiatkowe

Jedliśmy oczywiście pałeczkami, a popijaliśmy azjatyckim piwem (bardzo smacznym zresztą). Sushi smakowało wyśmienicie, zwłaszcza w kompozycjach z kilkoma rodzajami sosów. Z niejakim wstydem przyznaję, że to ja zjadłem najwięcej :)

Jesteśmy z Bartkiem tego rodzaju ludźmi, którzy lubią dobrą muzykę, imprezę przy gitarze, łażenie po górach, inteligentne rozmowy i, co ważne w tym konkretnym wpisie – dobrą kuchnię :)   Jak widać, można w Londynie spędzać ciekawie i niebanalnie wolny czas. To chyba jedna z głównych różnic między Polakami, a “polactwem” w tym mieście. Tych drugich nie pozdrawiam.

Dziękuję tym, którzy odwiedzili ten wpis na blogu i dotrwali do końca. Mam nadzieję, że się podobało :)

P.S. Szuka ktoś może kucharza na Sushi Party? :)

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

5 Responses to “Sushi Party”

  1. Marcin mówi:

    Dobra! Przekonałeś mnie! Chyba zrobię kolejne podejście do sushi. Bo wygląda to przepysznie. Ze swojej strony zapraszam również do zapoznania się z kuchnią chińską (a dokładnie z kantońską i syczuańską) oraz kuchnią wietnamską.

  2. Rafał G. mówi:

    Interesująca ciekawostka o krewetkach, których jestem wielkim fanem. Podejrzewam, że ciężko będzie mi dostać takie w moim małym polskim mieście, a i ich cena znacznie różni się od głęboko mrożonych. Zmobilizowałeś mnie Adamie do zrobienia Sushi, tyle tylko, że moim fachowcem będzie instruktaż na youtube…

  3. admin mówi:

    Rzeczywiście dostać w Polsce dobre krewetki to cięzka sprawa. No i do tego są straaasznie drogie. Za to w UK gigantyczne krewety tygrysie mogę sobie kupować codziennie, świeżutkie (choć mrożone). A do tego mam w swojej dzielnicy fabrykę owoców morza i przyzakładowy sklepik :) Znacznie drożej wychodzi w UK np. polska kiełbasa, czy wędliny :)

  4. fi mówi:

    Podczytuje od pewnego momentu, ale dopiero teraz odwazylem sie na komentarz, czyli cała prawda o polakach. Mieszkam od prawie 7 lat w IRlandii i podpisuje się po d wiekszością tez i argumentow podawanych prze z ciebie. Polacy Polacy… W Polsce nie mają przyszlosci, wyjazd okazuję się d awielu jedyną opcją, ale czsme ta opcja przekształca sie w drogę bez wyjścia. Czyli jak pisales, szarość, alkohol, zioła, i polskie getta.
    Identycznie ejst w Dublinie, może nawet gorzej, bo to małe miast, bardzo prowincjonalne. No i alkohol, kto®y jest przyjacielem najelpszym kazdego irrlndczyka…

    NIe będę marudzil. Jest dobrze w moim świecie i nie jest to jakies getto czy mały polski światek.
    Choć mam wyzsze wyksztalcenie, i przeszedlem modelową droge od zmywaka do szanowanej pozycji w biznesie reklamowym, to jak pisalem, nie marudze, stworzylem swoj swiat z wieloma swietnymi ludzmi wokoło…

    grunt nie zamykc sie na ludzi i robic swoje…

    fi

  5. [...] tak naprawdę zaczęło się w sobotę tydzień temu, gdy byłem w domu Bartka (tego od sushi). Padła propozycja żebyśmy wspólnie (czyli Bartek, Kasia, ich córka – Maja i ja) pojechali [...]

Leave a Reply