Królewskie ogrody i piknik pod wiszącą skałą (cz.1.)

cze
6

Miniony tydzień obfitował w ciekawe i relaksujące zarazem wydarzenia.  Spędziłem nieco czasu nad morzem oraz w ogrodzie Kew. To miejsca, które powinny znaleźć się na liście każdego turysty, zwiedzającego Wielką Brytanię. Relacja z opisami i zdjęciami niżej.

Wszystko tak naprawdę zaczęło się w sobotę tydzień temu, gdy byłem w domu Bartka (tego od sushi). Padła propozycja żebyśmy wspólnie (czyli Bartek, Kasia, ich córka – Maja i ja) pojechali na Food Festival w pałacu Hampton Court. Wypad zapowiadał się ekscytująco, bo na takim festiwalu można próbować potraw przyrządzonych przez najlepszych angielskich kucharzy, posłuchać muzyki, no i oczywiście zrobić zakupy. Wstęp jest płatny, ale Bartek miał darmowe bilety. W niedzielę zmieniliśmy plany, bo okazało się, że są tylko 2 wejściówki. Postanowiliśmy więc spędzić czas nad morzem.

W okolice nadmorskiej miejscowości Eastbourne wybraliśmy się w poniedziałek, kiedy w całym kraju trwał bank holiday. To jeden z kilku dni w roku, kiedy wszyscy w kraju mają wolne i zazwyczaj spędzają czas poza miejscem zamieszkania.

Podróż w jedną stronę trwała około 1,5 godziny. Gdy wyjeżdżaliśmy z Londynu świeciło pięknie słońce, ale wraz ze zbliżaniem się do celu, pogoda była coraz gorsza. Niebo zachmurzone, czuć było też dużą wilgotność i lekki chłód.

Parking dla spragnionych wrażeń mieszczuchów kosztował 3.5 funta za cały dzień. Bilet nabywa się w stojącej obok maszynie i kładzie w widocznym miejscu w samochodzie. Okazało się, że kombinowanie to nie tylko domena naszej nacji, bowiem Anglicy wyjeżdżający z parkingu podawali nowo przybyłym „używane” bilety przez okno. Sweet :)

Po zostawieniu auta przyszedł czas na, około 40-minutowy, spacer nad brzeg morza przez suche koryto wielkiej rzeki, która w tym miejscu płynęła pewnie miliony lat temu.  Widoki podczas wędrówki przepiękne: zielone wzgórza, pasące się owce, krowy, słowem: sielsko – anielsko.  Po drodze dokazywała Maja, ku „radości” swej mamy Kasi, która nieźle się nabiegała za swoją pociechą radośnie hasającą po trawie i i zrywającą polne rośliny. Nawet ja dostałem od maleństwa kwiatka w prezencie :) Oto zdjęcia:

Pomimo bank holiday Bartek zmuszony był odbierać ciągle dzwoniącą w sprawach “pracowych” komórkę. Dowód na poniższym zdjęciu.

Na kamienistą plażę, pod słynny klif Seven Sisters dotarliśmy głodni, bowiem zbliżała się już pora lunchu (ok. godz. 13), a nasze żołądki przystosowane do angielskiego, kulinarnego rytmu dnia, zaczęły nieźle dokuczać. Bartek wyciągnął więc w ekspresowym tempie koc, prowiant oraz jednorazowego grilla (taka tacka, z której tylko trzeba zdjąć folię i podpalić znajdujący się w niej węgiel drzewny i nasączony oliwą papier).  Na grillu zagrzebanym w kamieniach już kilka minut później grzały się kotlety do hamburgerów, plastry bekonu i kiełbaski.  Rozłożyliśmy się tuż pod białą ścianą klifu, we „wnęce”, więc nawet nie wiało. Komórki przestały działać, Bartek odetchnął, konsumpcja trwała w najlepsze. Siedzieliśmy, gadaliśmy i obserwowaliśmy ludzi, którzy szukali przy brzegu małż (to taka lokalna odmiana polskiego grzybobrania).  Natomiast Maja biegała po plaży rzucając kamieniami, nie obyło się także bez wskoczenia w butach do wody.  A w tzw. międzyczasie wyszło słońce i zrobiło się gorąco.

Po zapełnieniu żołądka nabrałem ochoty na sprawdzenie, jak zimna jest woda. Zdjąłem buty, podciągnąłem do kolan spodnie i pomaszerowałem na bosaka po kamieniach. Okazało się to wielkim błędem, bo dość długi spacer zamienił się w cierpienie. Małe kamienie, średnie, duże – czułem je wszystkie pod stopami. Akupunktury mam dość na całe lata.

Woda okazała się niezbyt zimna, ale nie na tyle ciepła, by się rozebrać i do niej wskoczyć. Z wody zrobiłem zdjęcie:

Po kilkugodzinnym odpoczynku wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy z powrotem do betonowej dżungli. Zaraz po wyruszeniu zaczął padać deszcz. W Londynie już lało gdy dojechaliśmy, więc jeśli chodzi o zgranie w czasie z pogodą, to trafiliśmy idealnie.

To był świetny, bardzo relaksujący poniedziałek.

O ogrodach w części drugiej wpisu.

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

One Response to “Królewskie ogrody i piknik pod wiszącą skałą (cz.1.)”

  1. Richmond mówi:

    Klify jak i Kew Gardens sa godne polecenia.

Leave a Reply