Bieszczady 2011 (cz. 1.)

wrz
4

Od 26 sierpnia jestem w Polsce. Urlop spędzam bardzo aktywnie, non stop ktoś dzwoni, chce się spotkać, napić… Czasu mało na wszystkie te okazje, bo wracam do Londynu już 13 września, a i wątrobę ma się jedną, więc trzeba ją szanować. Wygospodarowałem kilka dni na Bieszczady, z których właśnie wracam busem i bloguję bezprzewodowo. Działo się!

Przez połowę swojego życia odwiedzałem Bieszczady w każde wakacje. Pierwszy raz, tak na “dorosło” (a nie np. kolonie) pojechałem tam ze znajomymi mając 15 lat zaledwie.  Był więc rok 1995, aż trudno uwierzyć, że to już tyle czasu zleciało… Wetlina, bo tak nazywa się wioska, do której potem wiele razy wracałem, była wtedy miejscem dzikim. Dwa słabo zaopatrzone sklepy, dwie knajpy, pola namiotowe, kilka domków, poczta i kościół. A do tego tłum popijających jabole punkrockowców z wielkimi irokezami. Wśród nich legendą obrósł niejaki “Bozia”, który wiecznie pijany włóczył się po jedynej w Wetlinie drodze, sępił kasę na tanie wino, ale człowiekiem był przemiłym w tym swoim alkoholowym szaleństwie. Co roku można było tę legedarną postać spotkać, zawsze w tym samym miejscu i w tym samym stanie.

Warto wspomnieć, że w tamtym okresie mało kto miał komórkę, a o czymś takim jak Internet wiele osób chyba nawet nie słyszało. Człowiek jechał w te Bieszczady jak do czarnej dziury, byłeś tylko ty, były góry i ci fantastyczni ludzie, których poznawałeś.

Wieczory spędzało się w “Bazie Ludzi z Mgły” – lokalu wręcz kultowym, opisywanym niegdyś choćby w “Polityce”. Bywało tak, że w barze siedziało kilkadziesiąt osób, w tym kilku gitarzystów, którzy grail na zmianę, a tłum wspólnie śpiewał. Sam grałem, śpiewałem i za to niejedno piwko mi postawiono. Były tańce na stołach, pierwsze romanse, świetne przyjaźnie, wszystko w takim poetyckim duchu Bieszczadów. W pamięci zapadł mi wielki, ogromny metal (jako subkultura) w długim skórzanym płaszczu, z długimi włosami, brodą i… koroną cierniową na głowie (z drutu). Ten właśnie metal popijał sobie piwko, głośno rechotał, był przy tym niesamowicie miłym człowiekiem. Pewnego razu, podczas wieczornego grania i śpiewania, wstał, rozłożył ręce uciszając tłum. Po czym wdrapał się na stół, w tym płaszczu, z tą koroną i kuflem piwka w ręce, po czym rzekł “A teraz powiem wiersz!”. Długo deklamował niesamowicie sprośny i zarazem zabawny utwór, którego wszyscy słuchali z uwagą, przerywaną salwami śmiechu.

Takich charakterystycznych i charakternych ludzi przyjeżdżało tam wielu, każdy z nich miał swoją historię do opowiedzenia. Często na zakończenie wyjazdu umawialiśmy się na przyszły rok, a w trakcie pobytu z osobami poznanymi w “Bazie” szliśmy następnego dnia na górski szlak.

Wszyscy spali w namiotach, żywili się zupkami chińskimi (rrobionymi w Rrradomiu), myli się w rzece lub pod jedynym na polu kranem. Spartańskie warunki, ale nikomu to nie przeszkadzało.

To były cudowne chwile, a historii mam do opowiedzenia tyle, że można by książkę napisać.

Bieszczady zaczęły się zmieniać mniej więcej na przełomie tysiącleci. Zaczęła przyjeżdzać bananowa młodzież z miast, szpileczki, róż, dyskoteka. Wiecie na pewno, o czym mówię. Ceny wzrosły, wszędzie powyrastały domki letniskowe z opcją “full wypas”, knajpeczki, sklepiki, pierdółeczki. Szczytem było wstawienie do “Bazy” szafy grającej (piosenki za kasę), zmiana mebli na takie super “nieśmigane” na wysoki połysk. A potem w Wetlinie postawiono duży sklep (Lidl, czy Stokrotka, a może Biedronka?  – już nie pamiętam). Nie ma już więc “Bozi” i jego kumpli – punków, nie ma wspaniałych ludzi, których słuchać można godzinami. To już nie jest ich świat.

Tak oto skończyła się dla mnie Wetlina, pazerni ludzie zajebali mi moje Bieszczady.

Coraz rzadziej tam jeździłem, podobnie jak moi znajomi. Zdarzyła się pierwsza roczna przerwa, potem kolejna – dwuletnia. Ale coś do tych gór jeszcze ciągnie, więc teraz gdy się tam wybieram jestem jak te banany – jeżdżę do domku w odwiecznie komercyjnej miejscowości Cisna, z wszelkimi wygodami, altanką w ogrodzie, z kultową niegdyś, a obecnie obrzydliwie komercyjną “Siekierezadą” (knajpa, należy do tych samych właścicieli co wetlińska “Baza”). Na szczęście góry te same, a poza sezonem chłód i deszcz wygania dyskotekowe towarzystwo. Da radę.

Tegoroczny wypad zaliczam do udanych. Spotkaliśmy węża, siedzieliśmy w górskim potoku, przekroczyliśmy na rowerach ganicę polsko – słowacką, zdobyliśmy Tarnicę. O tym wszystkim napiszę po powrocie do domu i dodam mnóstwo zdjęć. Jest co oglądać, więc zapraszam na część drugą :)

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

2 Responses to “Bieszczady 2011 (cz. 1.)”

  1. charlie mówi:

    Ha! Bieszczady to także moje ulubione miejsce w Polsce. I choć poznałem je pierwszy raz, na przełomie tysiącleci, urzekły mnie w stu procentach.

    Obecnie dzieje się z nimi to samo co, z każdym miejscem, które stanie się zbyt popularne – Bieszczady zostaną zadeptane przez tłumy “turystów”. Nie będzie autentyczności tylko tania szmira i pseudo atrakcje dla ludzi z miasta. “Dzikiego punka” już coraz trudniej spotkać w tych górach.

    Pozdrawiam

  2. [...] W pierwszym poście, dodanym w trakcie podróży powrotnej do domu, napisałem o tym, jak odbieram Bieszczady, jak czuje ich klimat i jak się zmieniały w moich oczach. Teraz, dzień po dniu, zrelacjonuję ostatnią wycieczkę, także zdjęciowo. [...]

Leave a Reply