Bieszczady 2011 (cz. 2.)

wrz
7

Czas na kontynuację pierwszego wpisu poświęconego tegorocznej wycieczce w Bieszczady. Wpis powinien być ciekawy dla fanów gór, ale też chyba dla wszystkich tych, którzy czasem lubią zajrzeć na mojego bloga.

W pierwszym poście, dodanym w trakcie podróży powrotnej do domu, napisałem o tym, jak odbieram Bieszczady, jak czuje ich klimat i jak się zmieniały w moich oczach. Teraz, dzień po dniu, zrelacjonuję ostatnią wycieczkę, także zdjęciowo.

W góry pojechałem z kolegą Bartkiem w środę 31 sierpnia. Dotarliśmy z Lublina do Cisnej w ciągu 6 – 7 godzin, byliśmy więc na miejscu około godziny 14. Pogoda była przepiękna i zapowiadała się równie dobrze na cały zaplanowany pobyt do niedzieli. Nocowaliśmy w tej samej sprawdzonej kwaterze, co 2 lata wcześniej. Zabrałem ze sobą laptopa wraz z internetem komórkowy sieci Play. Okazało się to duży błędem, dlatego że tuż za Sanokiem zasięg zniknął. Zadzwoniłem na infolinię, gdzie powiedziano mi, że w okolicy Cisnej nie ma nadajnika Play, a najbliższy znajduje się przy Ustrzykach Górnych. Nie jestem takim maniakiem, żeby pod neta planować sobie urlop, ani tym bardziej jechać tam, żeby sprawdzać pocztę. Na szczęście doraźne rozwiązanie znalazło się w postaciu punktu informacji turystycznej w Cisnej, wokół którego było otwarte Wi-Fi. Działające także w nocy, więc można było wieczorkiem usiąść sobie obok i zobaczyć, co słychać w wielkim świecie.

Pierwszy dzień po przyjeździe spędziliśmy we dwóch siedząc na kamieniach z małym co nieco (0,7l), z nogami w miejscowej rzece. A potem Siekierezada i sen.

Czwartek 1 września spędziliśmy już aktywnie. W celach “regeneracyjnych” zjeliśmy bogate śniadanie w lokalnej knajpie, gdzie wpadliśmy na pomysł wypożyczenia rowerów. Syndrom dnia poprzedniego zaatakował mnie z dużą siłą, ale nie poddałem się! Miejscowi powiedzieli, że rowery w Cisnej wypożyczyć można jedynie w ośrodku “Perełka|, takim pokomunistycznym relikcie, okupowanym obecnie głównie przez turystów w ieku emerytalnym. Poszliśmy więc tam, a pani w recepcji powiedziała, że owszem, rowery są, ale ona odradza, bo są w fatalnym stanie, a nowych już nie kupują, bo ludzie za szybko rozwalają. Powiedziałem, że zaryzykujemy, a przynajmniej chcemy zobaczyć co mają. Pani zadzwoniła po “konserwatora” – Pana Józka, czy Gienka, czy Stefana (nie pamiętam), który niebawem przyjechał na rowerze i pokazał zawartość garażu. Z kilkunastu gratów wyłowliśmy 2 rowery działające na “słowo honoru”, ze zósemkowanymi kołami, prawie bez hamulców, a w jednym z nich pan konserwator musiał zmienić urwany pedał.

Po negocjacjach pani zdarła z nas 20 zł za dzień używania roweru, czyli razem 40 zł.

Pojechaliśmy w kierunku polsko – słowackiej granicy, przez Liszną i Roztoki Górne. Trasa była dość ciężka, cały czas pod górę, w palącym słońcu i wciąż pod wpływem wieczora poprzedniego. Dodatkowo zbuntowało się we mnie śniadanie, ale tego już opisywać nie będę :)

Oto ja na rowerze, mniej więcej w połowie drogi:

Do granicy dojechaliśmy ok. godziny 13. Na poniższym zdjęciu pozujemy na tle tablicy z napisem “Narodny Park Poloniny”. Za nią zaczyna się już Słowacja.

Za znakiem zaczyna się ścieżka niechybnie prowadząca w kierunku słowackiej cywilizacji. Nie pojechaliśmy dalej, choć chwilę się nad tym zastanawialiśmy Zdecydowała nieznajomość terenu po drugiej stronie. Oto ja w panoramicznym ujęciu z aparatu Bartka, które wyszło trochę za ciemno:

Droga z powrotem trwała może z pół godziny. Na tych wrakach rowerowych prawie bez hamulców zasuwaliśmy bardzo szybko, co chyba można określić mianem lekkomyślności.

Wieczór spędziliśmy bardzo spokojnie i poszliśmy spać wcześnie ze wstępnym planem wyruszenia następnego poranka w dłuższą, tym razem pieszą, trasę. Okazja ku temu była wyśmienita, bowiem w sąsiednim domku mieszkał Kazik z Jastrzębia Zdroju, wytrawny wędrowiec, który zaprosił nas na wspólną wyprawę i miał własny samochód, którym mogliśmy podjechać pod wejście na szlak. Obawiałem się o to, czy po rowerowym wycisku moje nogi będą współpracowały, ale o 6 rano w piątek okazało się, że nie jest tak źle.

Wyjechaliśmy więc o godz. 7. we trzech do Wołosatego, gdzie znajduje się początek szlaku na Tarnicę – najwyższy szczyt Bieszczadów. Wołosate to “koniec świata”, sam taki dziubek na mapie Polski, gdzie obok stykają się granice Polski, Słowacji i Ukrainy. Kazik, lekko siwy (wieku nie znam) w samochodzie miał składankę utworów Kultu i Kazika, więc po krętych górskich drogach jechało się całkiem fajnie.

Na szlak weszliśmy przed godz. 8., gdy było jeszcze chłodno, co oczywiście sprzyjało wędrówce. Minęliśmy ostatni ze znaków cywilizacji:

Całkiem niedaleko zobaczyliśmy przy ścieżce podtopiony teren. Czy to buszowały bobry, a może ludzie chcieli tu te zwierzęta sprowadzić i przygotowali im dom? Widok był piękny:

Do dość męczącym podejściu dotarliśmy na szlak wiodący szczytami mniejszych i większych gór ku Tarnicy. Praktycznie każde zdjęcie wykonane po drodze mogłoby być umieszczone na pocztówce, tak piękne były widoki. Jesień w Bieszczadach dopiero się zaczynała, więc jeszcze nie było tej wspaniałej gamy barw, od żółci i zieleni, przez brązy do czerwieni, ale i tak doznania estetyczne były jedyne w swoim rodzaju. Bez dalszego komentowania kilka obrazków:

Po drodze weszliśmy na Halicz, gdzie chwilę odpoczywaliśmy. Przyczepiła się tam do nas muchołówka – ptak z rodziny wróblowatych. Łaziła sobie o krok od nas i wcinała cheddara, którego wyjęliśmy ze swoich kanapek. Kazik miał świetny obiektyw, który pasował do mojego Nikona, więc go pożyczyłem i strzeliłem muchołówce m.in. takie zdjęcie:

Około południa dotarliśmy na szczyt Tarnicy, gdzie wiał zminy wiatr i niebo było zachmurzone. Stąd tylko zdjęcie pamiątkowe w pełym składzie:

Zostało już tylko zejść ze szlaku i wrócić do kwatery. Do Cisnej dotarliśmy około godziny 15., wymęczeni, ale z ogromną satysfakcją.

Wieczorem przyjechał kolega Maciek z siostrami i przyszłym szwagrem. Oczywiście nie obyło się bez małej imprezki :)

W sobotę Bartek zaniemógł, więc ja, choć z zakwasami, wybrałem się z resztą na krótką wyprawę na Małe Jasło. Zeszliśmy stamtąd i wszyscy razem poszliśmy do knajpki serwującej pyszne obiady. Zdjęcie przy stoliku:

Później poszliśmy do Siekierezady, gdzie poznaliśmy troje ludzi w wieku ok. 50 lat, którzy organizują w Bieszczadach słynne festiwale bluesowe i poetyckie. Mieli swój świetny klimat, który pamiętam w ludziach z “dawnych czasów” w Bieszczadach. W pewnej chwili wyjęli tanie wino o nazwie “Bieszczady”, które puśclili w obieg. Nie sposób było odmówić choćby małego łyka, co zostało uwiecznione:

Później poszliśmy nad rzekę, w której trwały najrozmaitsze wygłupy i gdzie później Bartek złapał zaskrońca. Wąż zwinął się w kłębek i zaczął w obronie wydzielać obrzydliwy odstraszający zapach. Oto i on:

Tak minął ostatni dzień w Bieszczadach. W niedzielę o 6 rano wyruszyliśmy już do domu.

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

2 Responses to “Bieszczady 2011 (cz. 2.)”

  1. [...] napiszę po powrocie do domu i dodam mnóstwo zdjęć. Jest co oglądać, więc zapraszam na część drugą Wykop! (klik w ikonkę [...]

  2. Reklama Sanok mówi:

    Super klimaty w bieszczadach

Leave a Reply