Weekend z “nurseries” i przyrodą

paź
23

Jest niedzielny wieczór, jedna z niewielu chwil tego weekendu, którą spędzam w domu. Przez te dwa dni, a w zasadzie półtora dnia, odpocząłem od londyńskiego zgiełku. Zaczęło się w sobotę po południu…

Byłem w pracy, po której skończeniu miałem a) pójść do fryzjera, b) rozejrzeć się za zimowymi butami i kurtką. Zadzwoniłem jednak do Anki i okazało się, że tego dnia ma wolne i spędza czas w Richmond. Pogoda była wyśmienita (wczoraj i dziś), piękne słońce, ciepło i żadnej chmury na niebie. Dołączyłem więc do Anki. Na miejsce dotarłem około godz. 15. Ze stacji poszliśmy od razu nad Tamizę z zamiarem znalezienia jakiejś przyjemnej knajpki, wypicia piwa i zjedzenia obiadu. Wstępowaliśmy do kilku restauracji, ale nie zdecydowaliśmy się na pozostanie w żadnej z nich. Anka zaproponowała więc udanie się do odległego o jakieś 15 – 20 minut marszu Petersham, gdzie mieści się Petersham Nurseries, czyli w dużym uproszczeniu mówiąc, sklep ogrodniczy z restauracją. I to restauracją nie byle jaką – szefem kuchni jest tam bowiem słynna Skye Gyngell -kucharka celebrytka, autorka książek, laureatka światowych nagród kulinarnych.

Szliśmy brzegiem rzeki, a ja wściekałem się, że nie wziąłem ze sobą aparatu. Pozostało więc robienie zdjęć komórką, co jest zbrodnią, i co powinno być karane więzieniem lub grzywną. Kilka fotek z komentarzem wrzuciłem po drodze na Twittera.

Drogowskaz przy moście w Richmond:

Potem kończy się deptak, a zaczyna półdzika przyroda:

Drogowskaz z kierunkiem do Petersham:

Doszliśmy na miejsce około 16, a Petersham Nurseries zamykają o 17. Kilka słów o tego typu miejscach w Wielkiej Brytanii. Zacznijmy od tego, że Anglicy mają świra na punkcie swoich ogrodów. Mogą o nich dyskutować, chwalić się nimi, wydawać majątek na rośliny i inne ozdoby. A im ktoś jest bardziej bogaty, tym więcej na tę atrakcję wydaje pieniędzy. Miejsca takie jak Petersham Nurseries są odwiedzane przez ludzi ze wszystkich klas społecznych (poza najniższą) – tam się bywa, odpoczywa, pije herbatkę, czasem kupi jakąś roślinkę. To zacna moda, zasmakowałem w niej jeszcze podczas odwiedzin Clifton Nurseries, gdzie pracuje Anka.

Po przekroczeniu bramy zobaczyliśmy placyk z roślinami i akcesoriami. Takich przestrzeni, alejek wypełnionych towarami jest tam wiele:

W jednym z budynków – Teahouse jest “jadłodajnia”, gdzie każdy staje w kolejce z drewnianym “korytkiem – tacą”. To druga gastronomiczna atrakcja Petersham – lokal prowadzony przez Francesco Boglione, oferujący oryginalną włoską kuchnię:

Z jedzeniem idzie się do jednej z kilku starych szklarni, w których ustawione są stoliki, lub siada się na powietrzu, tuż obok roślinek przeznaczonych do sprzedaży:

Zamówiliśmy z Anką tę samą potrawę, czyli “Porchetta – Oven Roasted Loin of Pork served with Salad & Sauteed Potatoes”. Za danie, ciastko na deser (ja zamówiłem marchwiowe) i herbatę każde z nas zapłaciło ponad 20 funtów. Sporo, ale było warto. Na talerzu: ziemniaki, wieprzowina z ziołami i sosem musztardowym, pomidory z mozzarellą oraz pełnoziarnisty chleb.

Po zjedzeniu rozejrzeliśmy się po okolicy. Na ścianie jednego z budynków był plan eventów organizowanych na miejscu. Ciekawie zapowiada się “Tea tasting with guest speaker renowned tea historian Dr Markman Ellis”, czyli degustacja herbatki z historykiem herbaty doktorem Ellisem. Jakież to do przesady angielskie :)

Na zakończenie pobytu w Petersham odwiedziliśmy wspomnianą na wstępie restaurację słynnej kucharki Michelin. Oczywiście nie myśleliśmy nawet żeby cokolwiek tam zamawiać, to byłoby w ogóle niemożliwe, bo stolik rezerwuje się z miesięcznym wyprzedzeniem. Już teraz z resztą trzeba rezerwować stolik na święta…

Restauracja mieści się w szklarni połączonej ze sklepem. Ceny w sklepie oczywiście kosmiczne, choć już w restauracji niekoniecznie – startery od 14.5 funta, dania główne od 21.50, desery po 8 funtów. Naturalnie żeby tam spędzić trochę czasu trzeba się przygotować na wydatek jakichś 80 funtów (w górę) na osobę. Wystrój bardzo klimatyczny, “wiejski”, stonowany.

Była już godz. 17, więc poproszono nas grzecznie o opuszczenie posiadłości. Poszliśmy zatem do pubu przy Tamizie, gdzie wypiłem dwa beczkowe Staroprameny, a Anka dwie lampki swojego ulubionego hiszpańskiego wina z regionu Rioja. Tak zakończył się ten ciekawy i relaksujący dzień.

Przyszła niedziela.

Umówiłem się kilka dni wcześniej z kolegą Bartkiem na wspólny wypad poza Londyn. On jechał w sprawach służbowych, dostarczyć jakieś drobiazgi do kawiarni w Priory Farm, w Surrey. Bartek połączył przyjemne z pożytecznym, zabrał więc ze sobą mnie oraz swoją córkę Maję. Po kilkudziesięciu minutach dojechaliśmy do Priory Farm, która jest wielkim agroturystycznym przedsiębiorstwem. Na miejscu atrakcje dla dzieci mieszczuchów, plac zabaw, kawiarnia, sklep ogrodniczy, staw wędkarski, sklep z ekologicznymi produktami itd. Spędziliśmy tam chwilę, wdychając wiejskie powietrze i podziwiając kolory angielskiej jesieni. Wziąłem ze sobą Nikona, więc widać znaczną poprawę jakości fotografii, w porównaniu do tych z Petersham i Richmond. Uzbroiłem się też w zakupiony niedawno obiektyw Tamron 70 – 300, co otworzyło zupełnie nowe możliwości :)

Otoczenie centrum ogrodniczego i parking:

Staw dla wędkarzy:

Wejście na teren kompleksu ogrodniczego:

Po wejściu do środka zwraca uwagę gustowna dekoracja:

Wyjście na odkrytą część sklepu:

Kawiarnia, w ogródku której wypiliśmy po filiżance. Jak widać, pełno elementów z okazji zbliżającego się Halloween:

Plac zabaw, obok kawiarnianych stolików:

Po wizycie w Priory Farm pomknęliśmy ku wzgórzom w okolicy miasteczka Dorking. Droga była praktycznie cały czas w górę, więc poczułem znaczny wzrost ciśnienia, aż szumiało mi w uszach. Na Denbies Hillside widok był wspaniały, przypominał odrobinę polskie Bieszczady. Ze szczytu wzgórza widoczne było doskonale Dorking, pola, farmy i lasy. Wiał silny wiatr, ale że było ciepło, to nie przeszkadzał on za bardzo.

Parking z tablicą informacyjną o Denbies Hillside:

Brama…

… za którą zobaczyliśmy coś takiego:

Napawaliśmy się widokiem, a Maja biegała za piłką. Potem po przejściu kilkudziesięciu metrów, weszliśmy do lasu:

… i poszliśmy dalej ścieżką, pod szpalerem z gałęzi drzew:

Dotarliśmy do polanki na zboczu, z której doskonale było widać Dorking. To miasteczko znajduje się zaledwie o 40 minut jazdy pociągiem z najbliższej mi stacji Mitcham Eastfields, a klimat zupełnie inny – z betonu w przyrodę:

Okoliczności przyrody w wydaniu angielskim. Jesień w pełnej krasie:

Potem wróciliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Na pożegnanie Denbies Hillside pomachał nam ogonem puszczany przez kogoś latawiec:

Kilkadziesiąt minut później byliśmy już w Londynie.

To był genialny, pełen atrakcji i relaksu weekend. I pewnie ostatni tak ciepły w tym roku na terenie Wielkiej Brytanii. Teraz zacznie się plucha, zimno, wiatr i zachmurzone niebo.

Zamierzam udać się w niedługim czasie do parku w Richmond i zrobić tam zdjęcia dziko żyjących jeleni. Myślę, że szczególnie pięknie będą wyglądały, gdy spadnie śnieg. Białe tło, czarne drzewa, jelenie mordy z parą buchającą z nozdrzy – już to widzę w wyobraźni :)

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

One Response to “Weekend z “nurseries” i przyrodą”

  1. Richmond mówi:

    Czyli weekend z serii: najlepsze w Surrey :-) Polecam tez Boxhill, Leith HIll itp miejsca. Oba niedaleko Dorking.

    Jelenie warto odwiedzic w pazdzierniku, gdy jest okres godowy.

Leave a Reply