Kominek nie jest blogerem

kwi
19

Wczoraj późnym wieczorem obejrzałem krótki film dokumentalny o blogerach i sile internetu zatytułowany “Blogersi”. Wystąpił tam m.in. Kominek (ten od budyniu). No i się zagotowałem, bo to co zobaczyłem, z blogowaniem ma niewiele wspólnego…

Przed przeczytaniem mojego komentarza, polecam obejrzeć wspomniany filmik:



A teraz chwila oddechu…i zapraszam do czytania:
Na wstępie zaznaczam, że ten wpis nie ma na celu nikogo obrażać lub naruszać jakiekolwiek i czyjekolwiek dobra osobiste lub materialne. Ma być natomiast próbą lepszego zdefiniowania, kim jest bloger, co to jest blog i czemu ma służyć. Postaram się to odnieść do siebie oraz do Kominka, który pisze online, lecz moim zdaniem, nie bloguje. A w filmie “Blogersi” gwiazdorzy on żenująco swoją kreacją, sprowadzając rzekome bycie blogerem do bujającego się po ulicy zblazowanego cwaniaczka w płaszczu, który na świat patrzy z pozycji władzy. Takie jest moje odczucie, mam do jego posiadania pełne prawo.

Co to jest blog i kim jest bloger?
Intuicyjnie chyba każdy wie, lub domyśla się, czym jest blog, choć znaczenie tego słowa wymyka się precyzyjnemu definiowaniu. Bo blog, zdaje się, może być pamiętnikiem, jednoosobową gazetą, książką w odcinkach, poradnikiem, kółkiem zainteresowań (czymś innym?). I ok, niech będą różne, tak jak różni są ludzie, którzy je prowadzą. Problem pojawia się, gdy blog i jego autor stają się quasi firmą lub firmą-wydawcą, który pod płaszczykiem informacji i niezależnych opinii reklamuje produkty i tworzy wokół siebie atmosferę autorytetu, na czym zarabia. Moim zdaniem, ktoś taki nie różni się niczym od innych wydawców, nawet jeśli jest jedynym dziennikarzem pracującym w swoim wydawnictwie. I, co ważne, ktoś taki, w mojej opinii, nie ma prawa nazywać sam siebie blogerem. Już nie.
Wikipedia podaje następującą definicję bloga:

Blog (ang. web log – dziennik sieciowy) — rodzaj strony internetowej zawierającej odrębne, samodzielne, uporządkowane chronologicznie wpisy, których twórcą jest właściciel bloga. Blogi umożliwiają zazwyczaj archiwizację oraz kategoryzację i tagowanie wpisów, a także komentowanie notatek przez czytelników danego dziennika sieciowego. Ogół blogów traktowany jako medium komunikacyjne nosi nazwę blogosfery.
Blog od wielu innych stron internetowych różni się zawartością. Niegdyś weblogi utożsamiano ze stronami osobistymi (czy domowymi). Dziś ten pogląd wydaje się nieuzasadniony, wciąż jednak od innych stron internetowych blogi odróżnia bardziej personalny charakter treści: częściej stosowana jest narracja pierwszoosobowa, a fakty nierzadko przeplatają się z opiniami autora. Ponadto można spotkać się z definicją bloga jako sposobu komunikacji.

W powyższej definicji można zauważyć ścisłe powiązanie bloga z osobą, która go prowadzi (choć może to być równie dobrze blog wieloosobowy, związany z hobby, czy działaniem w jakiejś sprawie (np. zbieranie znaczków, albo uwolnienie więźniów politycznych). Jestem choćby ja – Adam, piszę w pierwszej osobie, fakty przeplatam własnymi opiniami. Koncentruję się wokół dość precyzyjnej tematyki, czyli życiu Polaka w Londynie, pokazuję różnice między krajami, mentalnością itd. Nie ośmielam się nazywać, tego co robię, dziennikarstwem (np. nie podaję nigdzie swojego nazwiska, co wypomina w treści filmu Kamil Durczok), nie aspiruję do bycia wszechwiedzącym autorytetem i na pisaniu nie zarabiam. Mało tego – nawet domena nie należy do mnie, lecz do firmy cba.pl, a ja muszę płacić jej za usunięcie ich reklam z mojego bloga (niewiele, bo raptem 25 złotych za pół roku, ale jednak, a domena nadal nie jest moja). Teraz nawiązałem do motywacji, która sprawia, że człowiek zaczyna blogować i dalej to ciągnie.

Motywacja blogera
Kominek (czyli Tomasz Tomczyk) mówi w filmie, że słynny (w zasadzie: jedyny słynny) jego tekst o budyniu powstał z premedytacją, czyli jako narzędzie marketingowe, które pomoże jego blogowi zaistnieć. Sam tekst do tej pory mam w głowie, bo był świetny i dobrze wpisywał się w moje odczucie dotyczące międzynarodowych marek i ich wpływu na to, co tradycyjnie dobre i powinno być niezmienne (w skrócie). (Mała dygresja. Kiedyś uczestniczyłem (lata temu) w badaniu focusowym na temat znanej marki z branży cukierniczej. Nowy właściciel firmy, międzynarodowy koncern, zmienił w istotny sposób skład i smak popularnego batonika, dajmy na to o nazwie “Stefan”. No i niestety zostałem “liderem grupy”, protestując przeciw tej profanacji, czym prowadzącym zniszczyłem badanie :) Wracam do tematu.) Co zrobił Kominek po sukcesie budyniowym – widać gołym okiem. Prowadzi kilka blogów, zamieścił nawet całkiem niedawno ofertę handlową (!), prowadzi komercyjne szkolenia z tego, jak blogować i wywierać wpływ. Innymi słowami: działa całkowicie i jawnie komercyjnie jako PRowiec. Czy to jeszcze można nazwać blogowaniem w tym pierwotnym, osobistym znaczeniu? Moim zdaniem – nie. Czy jest jakieś znaczenie słowa “blog”, które pasowałoby do Kominka i jego stron? Postaram się odpowiedzieć niżej.

Przyznam się, że kiedyś zrobiłem podobnie jak Kominek (tzn. z premedytacją), bo napisałem tekst “Uciekajcie, póki jeszcze możecie”, który stał się szalenie popularny (choć do budyniu Kominka daleko), głównie z powodu umieszczenia go przez kogoś na wykop.pl Od tamtej pory moje miejsce w sieci zaczęło żyć – znacznie więcej osób czyta to, co piszę. Tyle tylko, że napisałem szczerze i nigdy moim celem nie było zostanie celebrytą – blogerem, ani tym bardziej przekuwanie blogowania w sukces komercyjny. Oczywiście pokusa była, ale stwierdziłem, że takie podejście byłoby po prostu nieuczciwe wobec osób, czytających adamwlondynie.cba.pl

Po co więc prowadzę bloga? Na początku to było działanie skierowane do rodziny i znajomych. Zamiast opowiadać im za każdym razem, co mnie spotyka w UK, postanowiłem pisać i dać im możliwość samodzielnego wejścia na stronę – sprawdzenia, co u mnie słychać. Potem przybywało odwiedzających (skokowo po wspomnianym wyżej tekście), więc niejako poczułem się zobowiązany, żeby pisać więcej na “okołolondyńskie”, emigracyjne tematy. Blog pozostał nadal osobisty, jest w nim wiele wynurzeń, zwierzeń i porad np. jak przeżyć po przyjeździe, czy np. o półpaścu, który dopadł mnie niedawno. Blogowanie, które jest jakąś formą emocjonalnego i intelektualnego ekshibicjonizmu daje też autorowi szansę skonfrontowania własnych opinii i z innymi, wyrzucenia tego co złe i pochwalenia tym, co dobre. I daje dużą satysfakcję – to jest zapłata!

Podsumowując… Uważam, że wejście w komercję, np. przyjmowanie drogich prezentów lub pieniędzy za teksty reklamujące dane marki nie jest złe, jeśli napiszesz o tym wprost i odprowadzisz podatki. I jeżeli kiedyś tak zrobię – to na pewno nie tutaj. Ten blog zawsze będzie miejscem osoby – Adama, a nie stroną przedsiębiorstwa o nazwie “adamwlondynie”. I to jest właśnie coś, co odróżnia mnie od Kominka, który blogerem, w moim odczuciu, już nie jest. To przedsiębiorca prowadzący strony internetowe, który swoje dawne blogowanie wykorzystuje komercyjnie, wspierając się autorytetem osoby, nie firmy. Warto o tym pamiętać, odwiedzając jego strony i wyłapywać ukryty “product placement”.

Naturalnie są w sieci strony firm, organizacji, kampanii społecznych, które zbiorowo określa się mianem “blogów”, bo są to narzędzia marketingowe stworzone w celu komunikacji z potencjalnym lub obecnym klientem. Nie mam absolutnie żadnego powodu, żeby potępiać takie działania, choć słowo “blog” chyba bywa tu używane z tego powodu, że lepsze określenie nie istnieje. Tak czy inaczej, są to działania jawne, gdzie w czytelny sposób podana jest informacja, kto i na czyje zlecenie prowadzi taką działalność. Do takiego rodzaju działań porównywałbym prowadzenie stron przez Kominka, a słowo “blog” w jego przypadku traktowałbym umownie.

Kreacja i autopromocja
Pokus, by stać się arogancką gwiazdeczką dla blogera nie brakuje. Są przecież ludzie, którzy je czytają, dziękują czasem, podziwiają nawet… Sodówka może więc łatwo może uderzyć do głowy, a po udanym tekście (np. gdy cytowano mnie na stronie Gazeta.pl w artykule poświęconym ubiegłorocznym zamieszkom w Londynie) bloger chodzi pełny samozadowolenia. To naturalna reakcja i “wypłata” za godziny poświęcone pisaniu. Źle się natomiast dzieje, gdy sodówka (pewnie niezauważalna dla dotkniętego nią blogera) bierze górę i człowiek zaczyna na stałe myśleć o sobie w kategoriach autorytetu. A jestem przekonany, że to skromność i normalność jest cnotą, nie zaś wyniosłe komentowanie wszystkiego z miną wybitnego znawcy, nieco znudzonego natrętnymi fanami.

W filmie “Blogersi” jest scena, w której dziewczyna wypowiada się na temat Kominka i jego wielkim wpływie na “kształtowanie jej relacji damsko – męskich”. O matko jedyna, jakie masz ubogie życie dziewczyno! Oglądając to byłem tak zażenowany, że nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. A podczas jej wypowiedzi, w odbiciu lustrzanym zobaczyłem Kominka, który wygląda ze swym uśmieszkiem, jak kocur drapany po brzuchu. Wtedy zrobiło mi się niedobrze. Jakież trzeba mieć mniemanie o sobie, by tak reagować? Kim w ogóle trzeba być, by z pełną świadomością powstającego filmu, cynicznie dopuścić do publikacji takiej wypowiedzi?!

Odnoszę wrażenie, że są w Polsce blogerzy, dla których kreacja własnej osoby jest głównym celem pisania (a raczej środkiem do wykorzystania stworzonej kreacji w innych celach). Jak opisałem wyżej, Kominek – były bloger, jest moim zdaniem tego bezsprzecznym przykładem, podobnie jak inni – nieco mniej znani, chętnie zabierający głos w każdej sprawie, także pozostającej bez związku z ich blogami.

Mnie to śmieszy i żenuje (kreowanie się, zwłaszcza nachalne), ale rozumiem, że są ludzie dla których to coś całkiem normalnego, a nawet “fajnego”. Good for you, jak mawiają anglojęzyczni. (W tym momencie wiele osób myśli, że i ja się w tym tekście kreuję – no cóż, taka spirala jest nie do uniknięcia i jestem jej świadom)

Jeśli zaś chodzi o autopromocję to jest to coś, czego żaden blog i bloger nie uniknie. Jakoś przecież ludzie muszą się dowiedzieć o stronie i w którymś ze sposobów zainteresowanie czytelników trzeba utrzymać. Stąd na przykład moje profile na facebooku i twitterze, gdzie dodaję krótkie notki o “londyńskim doświadczeniu” (nie tylko) i rozmawiam z chętnymi. Ale, proszę mi wierzyć, nie jest to nic wymuszonego, ani tym bardziej sztucznego.

W filmie “Blogersi” jest natomiast wypowiedź chłopaka, który chodzi z adresem swojego bloga nadrukowanym ma koszulce. Ok, rozumiem to, choć sam aż tak daleko bym się nie posunął. Każdy ma swoje patenty żeby zainteresować blogiem, dla jednych jest to bardzo ważne, dla innych mniej, ale nie wydaje mi się, żeby w takich akcjach było coś złego. Najlepiej chyba jednak promuje wartościowa treść, o czym Kominek przekonał się swoim budyniem, a ja wspomnianym wcześniej tekstem.

Agresja i wulgaryzmy
Kamil Durczok mówi w filmie o tym, że polska blogosfera pełna jest ostrych wypowiedzi, kontrowersji i chęci dokopania komuś. Chyba tak właśnie jest i być może dokopuję właśnie Kominkowi, tak jak on choćby dokopał kiedyś jednemu z koncernów. Jak widać po treści innych moich wpisów na blogu, to u mnie dość rzadka sytuacja i staram się żeby “dokopywanie” miało dobre uzasadnienie. I tak, walczę i gryzę, podobnie jak wspominający o tym w filmie Kominek, gdy ktoś mnie wkurzy. Były bloger, przedsiębiorca Kominek mnie wkurzył występem w filmie, gdzie wykreował się, chyba niechcący, na bufona.

Przyczyną agresji w blogosferze jest też zwyczajne prawo rynku – popyt i podaż. Nie bez przyczyny Kominkowy budyń stał się takim hitem, podobnie jak ten mój wpis, na który chyba trzeci raz się powołuję. Ludzie po prostu chcą czytać odważne, wyraziste wypowiedzi (popatrzcie choćby na polityków – największe świry zdobywają poparcie dzięki kontrowersjom). Taki jest świat, taka jest ta nasza narwana Polska i jej obywatele (Maciej Budzich powiedział coś podobnego w filmie). Ameryki tu chyba nie odkrywam.

Kominek mówi też w filmie o tym, że kiedyś jego teksty pełne były wulgaryzmów, teraz już ich nie używa. A ja na to mam inną odpowiedź. Otóż, szanowany przeze mnie Kazik Staszewski używa wulgaryzmów w swoich tekstach w celi nadania odpowiednio wyrazistej ekspresji i wtedy, gdy jest to niezbędne – to ma sens! “Kurwa” powtórzona stukrotnie, nie ma bowiem siły “kurwy” wypowiedzianej rzadko i w odpowiednim kontekście. Proszę więc tym bardziej, by mnie, ani innych blogerów przedsiębiorca Kominek nie pouczał, bo każdy ma swój indywidualny styl. Autorytetem niech będzie podczas prowadzonych przez siebie szkoleń (nie mówię, że złych – to nie o to chodzi).

Władza
Taaaak, to do kompletu z pieniędzmi pasuje idealnie. Fajnie, ze w filmie Kominek szczerze przyznał, że ma jej posiadania świadomość. Jak na etycznego biznesmena przystało. Za to plus. Tylko błagam, niech siebie nie nazywa blogerem!

Władza jest jak nóż, możesz nim pokroić chleb, ale też włożyć komuś między żebra. I tak jak w przypadku wspomnianej wyżej sodówki: trzeba mieć sporo samokontroli, by posiadana władza nie upajała i nie degenerowała osobowości. Takie stwierdzenie chyba można uniwersalnie dopasować nie tylko do blogerów.

Do tego chyba nawiązał w filmie Jacek Żakowski, skądinąd znany z ostrych tekstów dziennikarskich. Tyle, że zauważam w jego wypowiedzi pewnego rodzaju strach, że tradycyjne media straciły monopol na rzecz blogerów, często przypominających małpy z brzytwą (alegoria władzy nad “rzędem dusz”). No i co mam powiedzieć temu znanemu dziennikarzowi? Żeby się przystosował? Nie chcę być impertynencki, ale chyba należy od kogoś tak inteligentnego jak on, oczekiwać większego zrozumienia dla zmieniającej się struktury mediów. Accept it, jak mawiają anglojęzyczni.

Nie chcę komentować pokazanych w filmie spotkań blogerów z politykami, choć uważam że “instytucjonalizowanie” blogowania, tworzenie półformalnej “grupy blogerów” jest nie na miejscu i zabija ducha tego “sportu”. Może jednak się mylę i coś z tego ciekawego wyjdzie? Nie wiem.
Na koniec tego rekordowo długiego wpisu “dokopię” jeszcze raz, tym razem reżyserowi filmu. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego Kominek pojawia się z kawałkiem papieru i wygłasza jakiś wiersz? Po co to, z czym to ma związek? To się nie kwalifikuje nawet na etiudę w szkole filmowej, bo nawet żadnego w tym artyzmu nie ma i do dokumentu, podobno poważnego, nie pasuje. Cały zaś film oceniam jako jednostronny popis i promocję Kominka, biznesmena. Szkoda, że wycięte i pocięte zostały wypowiedzi Durczoka, Żakowskiego i innych (nie umniejszam absolutnie), którzy mieli coś ciekawego do powiedzenia z punktu widzenia profesjonalnych, tradycyjnych mediów.

P.S. Cały powyższy tekst dałem do przeczytania przed publikacją koledze – Pawłowi Rogalińskiemu (pozwolił na publikację imienia i nazwiska oraz cytowanie). Odpowiedział mi następująco (zapis oryginalny, bez skrótów):

Paweł: mam ocenić tekst jako tekst czy treść? ;p

Ja: treść i tekst – jak chcesz

P: no to może zacznę prosto..
.. jesteś jebnięty

Ja: haha
uzasadnij

P:  :P dobra, żartuje…
wiesz, sam fakt tego, ze blogowanie rośnie do miana “medium młodych niezależnych” popycha ludzi piszących do nasilania ruchu na blogach – jeśli kogoś po prostu bawi, kręci czy żenuje to, co piszą inni – zagląda. To tak jak z czytaniem wierszy w innym języku. Po co to się robi? Żeby obcować. Obcować ze świadomością, kogoś kto ma całkowicie inny lub bardzo zbliżony światopogląd do naszego. I teraz jeśli bloger, który pcha się wszędzie nawet z premedytacją wciąż ma wolną rękę i robić może co mu się podoba. Tekst, który napisałeś łapie się właściwie nazewnictwa – kim jest bloger, kim nie jest i jak powinien działać jeśli chce nazywać się BLOGEREM a nie PRowcem czy dziennikarzem. Mi “blog” kojarzy się z tymi pierwszymi nieśmiałymi stronkami, gdzie Wojtek ze Skierniewic pisze co zjadł na obiad, co działo się w szkole, a przede wszystkim – co myśli o tym, co działo się wokół niego podczas całego dnia. Sprawa jest na tyle poplątana, że sam już nawet nie wiem czy blogerem nazwałbym siebie…
…pisałem w różnych mediach, brałem za to również pieniądze. Czy to juz mnie skreśla z listy blogerów jak to zwykło się ich nazywać? Nie mam pojęcia. Może blogerem jestem tylko wtedy, kiedy nawet jeśli podpisuję się swoim nazwiskiem, piszę o swoich przemyśleniach nie narzucając swojego zdania czytelnikowi (i oczywiście za nic nie biorę pieniędzy).
I teraz sprawa już jest prosta – czy człowiek piszący o tym co ma pod włosami, czymś co jest tylko jego i nikt nie może mu zarzucić plagiatu, może być bloggerem tylko wtedy, kiedy nie czerpie z tego korzyści materialnych?

Ja: właśnie napisałem o tym że może, ale niech mówi o tym otwarcie i niech to będzie jego zawód
niech płaci podatki, podlega wszystkim przepisom prawa prasowego itd.

P: Pewnie – fajnie byłoby dostać parę groszy chociażby z googlowych reklam. Największą uciechą i tak jest przecież to, ze ludzie poświęcili swój czas na przeczytanie wypocin, które często pisze się po prostu “na gorąco”. Kasa kasą – pieniążki dostanę za materiał, który piszę jak to wspominałeś “z premedytacją” i w tym momencie mogę nazywać się chociażby dziennikarzem. Blogerem jednak chcę być wtedy, kiedy pisząc nikt nie jest mi w stanie zarzucić robienia tego dla jakiegokolwiek zysku. Tak więc jestem nim w jednym miejscu, a z kolei w komercyjnych serwisach – niekoniecznie. ;)

Koniec (wyboldowałem konkluzję kolegi nieprzypadkowo i pozostawiam ją do oceny czytelnikom).

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

5 Responses to “Kominek nie jest blogerem”

  1. piecyk mówi:

    Ja to w sumie nawet nie wiedziałem, że istnieje taki ktoś jak kominek. Film obejrzałem przypadkowo czytając innego bloga. Ale zajrzałem właśnie na stronę kominka gdzie też chwali się tym filmem i rzucił mi się w oczy komentarz tej “ukształtowanej”… cytuje: “O borze, co ja tam wygaduje…”
    Ogólnie nie rozumiem skąd ten kominek ma te tabuny fanek gotowych wskakiwać mu do łóżka i pokazywać cycki… Bo jakiś budyń skrytykował? :D

  2. muscular mówi:

    Kiedyś trafiłem na blog Kominka, ale jakoś nie przypadł mi do gustu, Po tym co zobaczyłem w materiale, to odczucie pogłębiło się. Dlaczego? Dlatego, że czytając czyjegoś bloga chcę skonfrontować mój światopogląd ze szczerymi wynurzeniami blogera, a nie doszukiwać się wplecionej między wiersze reklamy z której autor czerpie korzyści. A Twój tekst bardzo dobrze naświetlił ten problem.

  3. polatomi85 mówi:

    Jestem jedną z “fanek” Kominka.
    Nie spotkałam się nigdy z sytuacją w której Tomek napisałby jakiś tekst w którym ukrył by jakiś produkt i nie powiedział że go testuje, reklamuje. Prowadzi zarówno blog lifestylowy jak i technologiczny to normalne że biorą w nim udział produkty, marki. Mówi też otwarcie o tym że kreuje swoją osobowość więc po co te dywagację? W mojej ocenie pisze ciekawie, pewnie też dlatego ludzie chcą go czytać. Jedni się zachwycają inni omijają szerokim łukiem, no ale przecież nie wszystko jest dla każdego. Pisanie dla innych jest blogowaniem, spójrz co robią Ci Twoi anglojęzyczni. Od reklamy nikt z nas nie ucieknie, no chyba że do lasu…

  4. A.N. mówi:

    Ciekawy wpis. Ja również wcześniej nie znałam “Kominka” i szczerze nie podoba mi sie jego sztuczne kreowanie. Może przez to, że nie trawię tanich cwaniaczków, lansowanych przez media. Człowiek powinien coś sobą reprezentować, a nie zarabiać na głupocie i małych horyzontach myślowych innych. A to jest teraz w modzie.

  5. [...] więc obiecuję Wam ,że mimo ,iż nie jestem Kominkiem czy innym wziętym epismakiem będę starał się zamieszczać regularnie wpisy na moich trzech blogach [...]

Leave a Reply