I po relaksie [dużo zdjęć]

maj
2

Od piątku 27 kwietnia miałem przyjemność gościć kolegę z Polski – Bartka. Spędziliśmy pięć dni na zwiedzaniu Londynu, byliśmy też w Brighton. Wpis zawiera dużą ilość aktualnych zdjęć stolicy UK…

Na początku powiem kilka słów o tym, jak poznałem Bartka, bo jest to dość nietypowe przeniesienie do realu znajomości z sieci :)

Zacznę od tego, że jestem pasjonatem gier komputerowych, w zasadzie wszystkich gatunków, poza sportowymi. Jednym z sieciowych tytułów, który wciągnął mnie na lata był “America’s Army” – darmowa gra stworzona jako narzędzie rekrutacyjne do armii USA. Dość dobrze oddaje ona (lub oddawała w wersji 2.8) realia nowoczesnego pola walki, wymaga koordynacji działań w grupie, przyjęcia i przećwiczenia strategii. Wirtualna “śmierć” eliminuje gracza z rozgrywki aż do następnej tury, więc potrzeba sporo umiejętności żeby przeżyć bitwę i zrealizować cel misji. Więcej o grze można przeczytać choćby tutaj.

Jak to bywa w grach sieciowych, internauci łączą się w gildie (gry MMORPG) lub klany (gry FPS), razem ćwiczą przy pomocy komunikacji głosowej (przez lata rządził Teamspeak), rozgrywają jako klany mecze w ligach krajowych i międzynarodowych. Ja przez kilka lat należałem do polskiego klanu o nazwie {HuSaRiA}. Rozrywka była niesamowita, czasem graliśmy do białego rana gadając o pierdołach przez mikrofon.

Któregoś razu na mapie Urban Assault (czyli na jednym z dostępnych pól walki w środowisku miejskim) zobaczyłem gracza, który bardzo umiejętnie eliminował terrorystów z drużyny przeciwnej. Zagadałem do niego i zaprosiłem do gry w klanie, do którego należałem. No i się przyłączył. Tak właśnie poznałem Bartka, wówczas nastolatka ze szkoły średniej. Poniżej, znaleziony w sieci, filmik przedstawiający rozgrywkę na wspomnianej mapie:

Od tamtej pory dobrze nam się rozmawia na najróżniejsze tematy, wykraczające oczywiście poza świat gier. W ciągu wielu lat (ilu – nie wiem nawet) widzieliśmy się w realu dwa razy (spotkaliśmy się kiedyś w Poznaniu we trzech jeszcze z jednym graczem – Maksiem (pozdrawiam :D ) i kiedyś podczas mojego wyjazdu na delegację z pracy).  No i teraz był trzeci raz, bo Bartek przyjechał do mnie na kilka dni do Londynu.

Przez pięć dni, od 27 kwietnia do 1 maja, zjeździliśmy całe miasto, byliśmy też w nadmorskim Brighton w niedzielę. Tempo było tak intensywne, ze do tej pory bolą mnie nogi :) Było dużo zabawy, mniej lub bardziej poważnych rozmów, zakupy, jedzenie chińskich potraw, aż trudno wszystko wymienić w jednym zdaniu. Kolega był zachwycony Londynem, czemu w ogóle się nie dziwię :)

Zrobiłem 3,5 GB zdjęć, większość z Bartkiem na pierwszym planie (na pamiątkę), ale też kilka innych, dokumentujących Londyn w końcówce kwietnia 2012 roku. Cały miesiąc był w Londynie okropny, jeśli chodzi o pogodę. Padał deszcz, grad, wiał silny wiatr, odnotowano rekordowe opady w UK w tak krótkim czasie. BBC Weather opublikowało filmowy raport na ten temat, dostępny tutaj. Zapowiadało się więc deszczowe zwiedzanie… Okazało się jednak, że przez kilka dni pogoda pozytywnie zaskakiwała – lało z rana, a pozostałe części dnia były słoneczne z krótkotrwałymi zachmurzeniami. Dziś znowu szaro, więc Bartek ze swoją wizytą wstrzelił się w pogodę idealnie.

Poniższe zdjęcia to nie jest pełny zapis ostatnich dni, ale wybrane miejsca / ciekawe fotografie.  Zapraszam do oglądania :)

Dzień pierwszy / 27.04

Bartek przyleciał w piątek rano. Od razu poszliśmy do pubu na tradycyjne angielskie śniadanie, po którym pojechaliśmy do centrum, gdzie chodziliśmy / jeździliśmy cały dzień.

Buckingham Palace, zdjęcie “pocztówkowe”:


Futrzak z Gwardii Królewskiej na warcie nieopodal pałacu. Czy wiecie, że te charakterystyczne czapki robi się z niedźwiedzich skór?

A tutaj już wiewiórki z St Jame’s Park. Hasały sobie po trawie, wskakiwały na drzewa, żebrały jedzenie od spacerowiczów. Gołębie pewnie czuły się urażone, bo nimi nikt się nie interesował :)

Tego miejsca nie mogło zabraknąć na trasie wycieczki. Parlament i Big Ben w całej okazałości.

A tutaj z kolei London Eye, tyle że w nietypowym ujęciu. Uwieczniłem przy dużym zbliżeniu mocowanie lin tej londyńskiej atrakcji.

Trafalgar Square jest obowiązkowym punktem na mapie wycieczek po stolicy UK. Na zdjęciu widać fragment fontanny, pobliski budynek National Gallery oraz zegar odliczający czas do rozpoczęcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie.

Spod Tower of London pięknie widać powstający najwyższy budynek w Europie. Mowa oczywiście o Shard London Bridge, o którym już pisałem w maju 2011. Obecnie budowa jest na ukończeniu, o czym możecie się przekonać na tych dwóch zdjęciach:

W okolicy Tower, przy Victoria Street stoi sobie taki piękny pub wybudowany w 1862 roku, o nazwie “The Albert“. Szczególne wrażenie robi jego umiejscowienie w sąsiedztwie nowoczesnych budynków.

Dzień drugi / 28.04

W sobotę pojechaliśmy a zakupy ubraniowe i generalnie skupiliśmy się na odpoczynku po bardzo męczącym piątku. Wieczorem zaś odwiedziliśmy klub australijskiej sieci Walkabout w dzielnicy Shepherd’s Bush. To ten sam lokal, w którym byłem podczas swoich urodzin w listopadzie. Grał zespół na żywo, popiliśmy sporo Guiness’a, który został Bartka ulubionym piwem. Był też mój kumpel Dave ze swoją dziewczyną. Super wieczór, który skończył się powrotem do domu o 3. nad ranem.

 

Dzień trzeci / 29.04

Na niedzielę już dawno zaplanowaliśmy wypad do Brighton. Bilety kupiłem online z wyprzedzeniem, więc cała wycieczka (pociąg w 2 strony i autobusy przez cały dzień na miejscu) wyniosła nas 12 funtów od łebka. Pogoda była fatalna, gdy wyjeżdżaliśmy, podobnie też na miejscu, ale gdy już wyszło słońce to zrobiło się cieplutko :) W drodze do Brighton odsypialiśmy sobotnie balety. Po godzinnej jeździe wylądowaliśmy na takim pięknym dworcu:

Jeszcze przy padającym lekko deszczu odwiedziliśmy marinę pełną zaparkowanych jachtów.

 

W tej okolicy zjedliśmy po kanapce w Subway’u i zagraliśmy na automacie w strzelankę. Tzn. mieliśmy do dyspozycji takie sztuczne karabiny, z których strzelaliśmy do tych złych na ekranie. Wynik – całkiem, całkiem, bo teamwork był przećwiczony już dawno temu podczas gry w AA. Z mariny wyruszyliśmy do Brighton Pier, czyli wielkiego molo, na którym są restauracje, kasyna i wesołe miasteczko. Tam przegrałem z Bartkiem w cymbergaja… cóż, starość – nie radość :)

Po kilku godzinach pojechaliśmy z powrotem do Londynu. Jeszcze mieliśmy nieco sił, więc pojechaliśmy do dzielnicy biznesowej, czyli Canary Wharf. Zimne budynki – molochy robią niesamowite wrażenie, zwłaszcza w niedzielę, gdy dzielnica jest wyludniona.

Udało mi się zrobić takie ciekawe zdjęcie z wnętrza centrum handlowego. Pasy po bokach to spód ruchomych schodów, wzór na środku to ogromny, okrągły dach. Wyszło trochę kościelnie, ale był to celowy zamiar pokazania kultu Mamony.

Jako ciekawostkę pokaże Wam jedną z rzeźb, na jakie natknęliśmy się w niewielkim parku w Canary Wharf. Trwa tam plenerowa wystawa sztuki nowoczesnej. Mój brak zrozumienia dla tego typu działań “artystycznych” obrazuje jedno z “dzieł” – niewątpliwie warte dużo pieniędzy gówno zatytułowane “Święty Jerzy i Smok”. Ręce mi opadły.

Po drodze do domu, wysiadaliśmy na stacji London Bridge, (tuż przy tym wysokim budynku, o którym pisałem wyżej), gdzie zrobiłem takie wieczorne zdjęcie Sharda:

Dzień czwarty / 30.04

W poniedziałek poświęciliśmy czas na zwiedzanie muzeów. Najpierw Muzeum Historii Naturalnej

… gdzie m.in odwiedziliśmy Tyranozaura – robota, którego już kiedyś uwieczniłem na tym filmie. Niżej jego aktualne zdjęcie (nie zestarzał się).

Potem poszliśmy do sąsiedniego Muzeum Nauki. Przykładowe zdjęcie jednej z sal na parterze:

A tutaj zaś słynny Fenix, czyli kapsuła, którą wyciągano w Chile zasypanych w kopalni górników. Słynna sprawa, cały świat o tym słyszał. A kapsuła strrrasznie wąska.

W Muzeum Nauki obejrzeliśmy też film 4D poświęcony misji Apollo na księżycu (czyli okulary 3D + ruchome siedzenia, wiatr, wilgoć). Szczerze: dało radę, ale bez szału. Z muzeum poszliśmy prosto pod Albert Memorial

… który stoi naprzeciwko słynnej sali koncertowej Royal Albert Hall, o tej:

Po krótkim odpoczynku udaliśmy się do Hyde Parku żeby karmić wiewiórki za pomocą wcześniej zakupionych muffinek. Zdjęcia wiewiórek są już wyżej, więc tych z Hyde Parku nie publikuję. Zamiast tego proszę sobie popatrzeć na społeczeństwo wielokulturowe:

Większość mieszkańców Londynu nie ma białego koloru skóry i jest muzułmanami. Widać to codziennie, nawet w takim miejscu jak Hyde Park. Żałuję, że nie wykonałem jeszcze jednego zdjęcia, kiedy obydwie te siedzące kobiety zaczęły rozmawiać przez komórki w tym samym czasie. To byłby pokazany piękny kontrast, jeśli chodzi o przywiązanie do tradycji (ubiór) i nowoczesną technikę.

Z parku poszliśmy na pobliską Oxford Street, czyli jedną z najbardziej znanych ulic Londynu. Mnóstwo sklepów, światowych marek, tłum ludzi, wielkie przeceny, promocje – istny szał zakupów. Tam zauważyłem z kolei wiele powieszonych flag Wielkiej Brytanii. Później przeczytałem w gazecie, że to początek organizowania wystroju z okazji Diamentowego Jubileuszu królowej Elżbiety II. Takich flag, ma być na Oxford Street kilkaset. Show z okazji jubileuszu będzie też obejmował m.in. paradę tysiąca statków przez Tamizę, ale to już inny temat…

Po całym dniu i tych poprzednich, powłóczyliśmy nogami ze zmęczenia…

Dzień piąty/ 01.05

Wtorek był ostatnim dniem wizyty Bartka. Postanowiliśmy na koniec zwolnić tempo, jeśli chodzi o zwiedzanie. Pojechaliśmy do Camden Town, dzielnicy artystów (tam mieszkała i zmarła Amy Winehouse) i innych freak’ów oraz wielkim targiem znanym na całym świecie. Na targu można kupić tryliardy pierdółek, pamiątek, ubrań, gadżetów – dla każdego coś miłego. Z pewnością poniższe zdjęcia ucieszą Natalię K. (pozdrawiam :) , która na facebookowym fanpejdżu bloga pisała o swojej niedawnej pracy w Camden :)

Mawia się, że spośród stu rzeczy, jakie każdy powinien zrobić w życiu, obowiązkowe są odwiedziny Camden i zjedzenie czegoś na słynnych motorkach – siedzeniach przy brzegu kanału. Do dyspozycji cała gama potraw z całego świata, z dominacją Azji. Oczywiście też tam zjedliśmy. Cena wybranego przez siebie zestawu makaronu ryżowego albo ryżu z różnymi mięsami wynosi 5 funtów.

Oto, co wybrał do jedzenia Bartek, w zbliżeniu:

Później wypiliśmy po szklaneczce Mojito, wróciliśmy do domu, Bartek się spakował i wyskoczyliśmy jeszcze na Guinessa. W nocy odstawiłem kolegę na stację Victoria, skąd autobus zawiózł go na poranny lot z Luton Airport. To było kilka bardzo ciekawych, relaksacyjnych dni, szkoda że tak krótko to trwało :)

 

 

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

3 Responses to “I po relaksie [dużo zdjęć]”

  1. Maks mówi:

    Również pozdrawiam! fufu fristjalo! :D

  2. admin mówi:

    Haha :) Dla tych, co nie wiedzą: mieliśmy z Maksiem i Bartkiem we trzech malutki klan o nazwie “fufu”. Inspiracją powstania nazwy było to genialne wykonanie: http://www.youtube.com/watch?v=kOROsJyNqrA :) )

  3. [...] Adam w Londynie …czyli jak poznaję wielkie miasto Subscribe   « I po relaksie [dużo zdjęć] [...]

Leave a Reply