Ostatni spacer nad Tamizą

gru
5

Tytuł dałem apokaliptyczny, prawie jak “Śmierć w Wenecji”, ale staram się wzorować na najlepszych. :-) Zapraszam do przeczytania relacji z mojego spaceru brzegiem Tamizy w piątek 16 listopada 2012 [ZDJĘCIA].

Minęło już dużo czasu od mojego ostatniego powrotu z Londynu, ale nie miałem ani czasu, ani energii by cokolwiek wstawiać na bloga. Pora nadrobić zaległości. Zacznę od tego, że cały tydzień w Londynie, gdzie pojechałem głównie po to, by odwiedzić lekarza – orzecznika, spędziłem albo w mieszkaniu kolegi Tomka, u którego się zatrzymałem, albo wieczorami spotykając się ze znajomymi w różnych punktach miasta.

Plan był taki żeby kolejny raz zjeździć miasto z aparatem, pozwiedzać jeśli coś przegapiłem, a potem wrzucić na bloga. Tymczasem, po półrocznej nieobecności w Londynie, przyjechałem do takiego “Lublina”, “Krakowa”, czy “Łodzi”, czyli do miasta, które jest piękne i atrakcyjne, ale… spowszedniało :) Aż mnie to zaskoczyło, że kompletnie nie mam ochoty jeździć i zaglądać w zakamarki, które doskonale znam… Mam nadzieję, że wiecie, o co chodzi. Tak sobie siedziałem w mieszkaniu (Tomek pracował), bawiłem się z małym kotem, który całkiem podrapał mi ręce i nasikał na spodenki, wyskoczyłem tylko na zakupy tu i ówdzie… i tyle :) Oczywiście wieczorami spotykałem się ze znajomymi w najróżniejszych klubach, pubach, domach na terenie całego miasta, ale dni całkiem przesiedziałem.

Oczywiście od razu po przyjeździe wróciłem do swoich ulubionych angielskich smaków, które w Polsce nie są dostępne. Zjadłem na przykład obiad biednych ludzi, czyli tuczący, pikantny, bardzo niezdrowy, ale pyszny fastfood zwany przez Polaków “czikenem” (kilka skrzydełek w ostrej panierce z frytkami za 2 funty), innym razem podczas zakupów skusiłem się na śniadanie zrobione z bagietki, podpieczonego bekonu, prażonej cebuli i sadzonego jajka. Kupiłem też raz moje ukochane cheesetwist’y, czyli takie produkty piekarskie zrobione z ciasta francuskiego i żółtego sera, charakterystycznie skręcone. A do tego wyśmienite piwo Kentish Ale – wszystko z marketu Sainsbury’s. Ten wspaniały smakowo zestaw wyglądał tak:

Pogoda była w kratkę, jednego dnia typowo wiosennie, słonecznie i ciepło, następnego wiatr, wilgoć i chmury. Ale to akurat dla UK typowe.

W piątek 16 listopada byłem zapisany do lekarza orzecznika, w sprawie odszkodowania za wypadek w pracy (pisałem już o tym na blogu), a że wizyta umówiona była na godz. 17. to postanowiłem zrobić sobie spacer prawym brzegiem Tamizy – od Big Bena aż pod Tower Bridge i od razu potem chciałem udać się do lekarza. Znałem okolicę dość dobrze, ale “punktowo”, więc taki spacer był czymś dla mnie nowym.

Jak napisałem wcześniej, pogoda była podczas tego pobytu w kratkę, a piątek był tą kratką zimną, mglistą i lekko wietrzną. Wysiadłem na stacji metra w Westminster i poszedłem odwiedzić najbardziej znany londyński “landmark”. Nic się nie zmienił przez pół roku:

Wziąłem ze sobą też teleobiektyw i po wielu próbach, bez statywu, zrobiłem zbliżenie zegara z drugiego brzegu rzeki:

Po zrobieniu tego zdjęcia zorientowałem się, że na murze za moimi plecami przymocowano pewną tabliczkę. Okazało się, że przytwierdzono ją ku pamięci ofiar Choroby Wściekłych Krów (BSE). Wyobrażacie sobie taką tabliczkę w Polsce?

Zaraz obok, po drugiej stronie ulicy, jest słynna karuzela London Eye. Pstryk:

Jeszcze widoczek na Parlament i Big Bena od strony London Eye. Zwróćcie uwagę na wszędobylskie mewy oraz na mglistą pogodę:

Kierowałem się dalej w stronę Tower, obserwując m.in różnych ulicznych performerów i grajków zarabiających na życie. Ten pan tuż przy London Eye robił zamieszanie wielkimi bańkami mydlanymi:

Udało mi się zrobić ciekawe zdjęcie małej dziewczynki, która bańki ścigała. W tle London Eye.

Nieco dalej byli też inni artyści. Wśród nich sobowtór Rowana Atkinsona, czyli Jasia Fasoli, trzymający w ręce misia i robiący miny. Podobny troszeczkę, ale podobny :)

Jako, że był 16 listopada, czyli “zaraz przed świętami”, to na dużej długości trasy spacerowej rozstawiły się budki z różnymi światecznymi bajerami, jedzeniem i korzennym grzanym winem (mulled wine). Z tego co zauważyłem, obsługuje to ta sama firma, co Winter Wonderland w Hyde Parku (coroczne ogromne świetne wesołe miasteczko) – ozdoby były bardzo charakterystyczne.

Za tym długim ciągiem budek zobaczyłem giełdę używanych książek. Tu już tak komercją nie zajeżdżało:

To mi się podoba w Londynie, że można przejść dosłownie o kilka metrów od rzeki przez znaczną jej długość i ciągle natykać się na coś ciekawego. Niedaleko od “książkowego kiermaszu” był Teatr Narodowy. Zdjęcie nie oddaje prawdziwej skali budynku, widać tylko jego część, reszta znajduje się w głębi:

A mgła (niewidoczna na zdjęciach z bliska) była taka:

Po drodze przechodziłem pod wieloma mostami. Bardzo ciekawy był ten, mieszczący się tuż przy nadrzecznej stacji Blackfriars. Stacja (i most) jest obecnie remontowana kosztem 350 mln funtów, a istnieje od 1870 roku. Remont powinien się lada moment skończyć:

Ten sam most z drugiej strony. Zwróćcie uwagę na charakterystyczne “daszki”, które w istocie są panelami słonecznymi. Nieopodal umieszczona tablica reklamuje, że to “Największy słoneczny most na świecie. Będzie zapewniał 50% energii dla stacji Blackfriars”. Bardzo ciekawa sprawa:

Dalej było Tate Modern, czyli słynna galeria sztuki nowoczesnej. Zdjęcia nie zrobiłem, bo nie lubię tego rodzaju “sztuki” i nie będę go promował. A co: mój blog, to moje zasady. Spodobał mi się za to most dla pieszych, który prowadzi od Tate Modern na drugą stronę Tamizy:

Inne mosty też mam “zdjęte”, ale nie będę Was zanudzał.
Spacer już trochę trwał, a ja powoli zbliżałem się do London Bridge i do najwyższego budynku w UE, czyli do Shard London Bridge, o którym na blogu wielokotnie pisałem i prezentowałem zdjęcia z kolejnych etapów jego budowy. Gigant powoli wyłaniał się z oddali, a jego szczyt niknął we mgle:

Jeszcze tylko rzut oka na drugą stronę Tamizy i na charakterystycznego “ogórka”. Polecam zerknąć na powstające budynki. Zapowiada się też ciekawa architektura:

W ten oto sposób dotarłem pod katedrę Southwark. To słynne w UK miejsce i najstarszy gotycki budynek w całej Anglii. Dodatkowo powiem, że jest to parafia Szekspira i jego rodziny, o czym dalej napiszę. Teraz też odbywają się nabożeństwa – równolegle z prowadzoną działalnością komercyjno – turystyczną. Od razu przy wejściu na plac przed katedrą widać kawiarniane stoliki. Mamy to w Polsce? Aaaa, tak – mamy, w Licheniu zdaje się (ale w UK nie da się kupić butelki na wodę święconą w kształcie posągu Maryji, z odkręcaną głową) :)

Stanąłem blisko tych stolików i zrobiłem zdjęcie Sharda. Zobaczcie, jak to niedaleko od kościoła:

Byłem wiele razy w tej okolicy, głównie w okolicznych pubach przy rzece hehe, ale nigdy nie chciało mi się zaglądać do środka katedry. Tym razem wszedłem i zacząłem robić zdjęcia. Zobaczyłem informację, że do tego trzeba kupić pozwolenie za 2 funty.. Nikt do mnie nie podszedł i nie skasował tej dwójki za aparat na szyi, więc się nie przejąłem.

Wnętrze katedry robi wrażenie:

Jest tam także grób brata Szekspira, który czynnie udzielał się w pracach parafii. Sam wielki pisarz jest pochowany gdzie indziej, ale i tak nad pomnikiem brata znajduje się witraż z “ilustracjami” do dzieł mistrza:

Zaraz po zrobieniu powyższych zdjęć zostałem “zhaltowany” przez starszego faceta, który ściągał kasę za fotografowanie :-) Zapłaciłem haracz, choć normalnie na tacę nie daję, ba! normalnie to mnie nie widać w tego typu budynkach, zwłaszcza w Polsce. Dostałem małą naklejkę na ubranie i pomyślałem, że jak już płacę, to się wszędzie wepcham i zrobię takie fotki, jakie sobie chcę :-) Voila, ołtarz:

A tu kaplica Harvarda. Tak, “tego” Harvarda od Uniwersytetu. Był chrzczony w Southwark, a teraz ma dedykowaną kaplicę:

I na koniec wizyty w Southwark jeszcze 3 obrazki (było więcej do oglądania, ale to już zapraszam osobiście do tego kościoła, bo można by pisać długo):

Wyszedłem z katedry i skierowałem się w stronę Sharda. Po drodze miałem Borough Market, który w tym miejscu istnieje od tysiąca lat. Ktoś go ładnie opisał na tym blogu. Straszliwie cuchnęło pleśniowymi serami (które uwielbiam jeść, ale to była przesada):

Kilka minut spaceru i już byłem pod Shardem – budynkiem, który rósł w górę razem z moim ponaddwuletnim zamieszkiwaniem Londynu.

Obok otworzono punkt z biletami na wjazd do góry. Oczywiście chciałem tam być, ale okazało się, że kosztuje to aż 25 funtów. “Chyba wam się w d..ach poprzewracało” – pomyślałem i nie pojechałem. I teraz żałuję… Następnym razem, gdy będę w Londynie to na pewno wjadę na szczyt.

Warto zauważyć, że cała okolica stacji London Bridge jest modernizowana. Powstał nie tylko Shard, ale też cały czas trwają prace nad innymi budynkami:

Na tym zakończyłem aktywną wycieczkę brzegiem Tamizy. Było już po czwartej, a ja miałem jeszcze dotrzeć do lekarza w centrum. Wsiadłem więc do metra i pojechałem. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie gdy okazało się, że mam to spotkanie dokładnie w tym samym budynku, gdzie przyjmował lekarz przedstawiony w filmie “King’s Speech” (po polsku to chyba: “Jak zostać królem”?). Taki tam przypadek :-)

Wizyta trwała może 10 minut. Lekarz przyjął zeznania, zmierzył i sfotografował blizny po wypadku i już. Dla tych dziesięciu minut spędziłem w Londynie cały tydzień!

A potem spotkałem się z kolegą Bartkiem. Zapytałem go, czy kiedyś jadł kangura. Powiedział, że nie. No to pojechaliśmy na Shepherd’s Bush do australijskiej knajpy Walkabout’s i zjedliśmy po daniu z kangura. Dla mnie to też był pierwszy raz. Kangur smakuje nieco jak dziczyzna, ale szczególnie atrakcyjne to to mięso nie jest. Oczywiście, może gdybym spróbował zjeść kangurzego “stejka” to wrażenie byłoby zupełnie inne. Było ok i tyle, a danie wyglądało tak:

To już koniec blogowej wycieczki bregiem Tamizy, mam nadzieję że się Wam podobało. Oczywiście nie napisałem o wszystkim i nie wszystkie zrobione zdjęcia Wam pokazałem. Byłoby tego po prostu za dużo :)

Tymczasem przygotowuję się do pisania książki. Nie musicie zgadywać, o jakiej tematyce :)

 

  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
 

Leave a Reply